Zawitało tu wielkich czarodziejów, mądrych goblinów, charłaków i mugoli.|O mnie|Dodaj do ulubionych|Rozdziały:X X X X X X X X X X X X|| Moje bezmyślne notatki z Historii Magii|Dopisz jakąś absurdalną myśl. Moi przyjaciele: my-stoorymokasyn-dalekowschodniamor--vincit--omniakrytyka-harry-potterlegilimentsthe-angel-of-darknessmrs-evansi-love-you-snapehogwart-eksperymentalny
13.Wycinki z gazet >> sobota, 15 marca 2008 17:40:18


> Angie nakazała mi napisać notkę.
Piszę…
To ostatnia.
Dedykacja dla wszystkich, ale w szczególności dla Angie, Kelly i Lady.


Tęskniła za Narcyzą. Nie miała się komu nawet wygadać. Od kilku dni nieprzerwanie krążyła na palcach pod nosem Voldemorta. Małżeństwo Rosier bez dwóch zdań można było uznać za przegrane w wyścigu do łask Czarnego Pana.
-Dać uciec Syriuszowi Blackowi! Co to ma być? – roześmiał się Nott, paląc mugolskiego papierosa. Na jego kolanach leżała gazeta – Kompromitacja, wierz mi, Rilla… Zaszyjcie się tak jak Malfoyowie. Będzie bezpiecznie.
-Evan się nie zgadza.
-Chrzań go, dziewczyno. Chyba, że nadal się kochacie. – zarechotał mężczyzna. Zaciągnął się mocno.
-Nie twoja sprawa, Nott. – powiedziała ostro – Nie wycofamy się. Teraz jest za późno.
-Masz, poczytaj. – zgasił papierosa i wepchnął w ręce Rilli Proroka Codziennego – Nigdy nie jest za późno. – odszedł.
Spojrzała na pierwszą stronę. Wielki nagłówek oświadczał o czyimś ślubie. Spojrzała na zdjęcie poniżej.
James Potter… To musiał być on. Zmierzwione mniej niż zwykle kruczoczarne włosy. Wystrojony z garnitur, na jego nosie połyskiwały nowe okulary. Szczęśliwy aż do granic możliwości.
Próbowała przypomnieć sobie własny ślub. Czy wtedy była tak radosna, podekscytowana? Czy to był dobry krok? Otrząsnęła się z nieprzyjemnych rozmyślań. Zwłaszcza, że nasuwała jej się tylko jedna odpowiedź – nie. Patrzyła więc dalej.
Jej uwaga skoncentrowała się na pannie młodej.
-Psia mać! – zawołała Rilla, wpatrując się w rozpromienione oblicze Lilyann Evans – To jakiś niesmaczny żart…
Obok państwa młodych stała jeszcze jedna osoba. Mężczyzna z przydługimi czarnymi włosami, opadającymi z lekka na przepiękne oczy. Syriusz Black.
W dniu 18 kwietnia 1979 r. odbył się ślub Jamesa Pottera i Lilyann Evans. Państwo młodzi powiedzieli sobie sakramentalne ‘tak’ w małym kościółku św. Bartłomieja na obrzeżach Londynu. Cała uroczystość była niezwykle elegancka, o co zadbali rodzice pana młodego, państwo Potter. Wśród gości weselnych pojawiło się pełno znanych osobowości*. Nie zabrakło dyrektora Hogwartu, Albusa Dumbledore’a, który wywołał furorę wynalazkiem mugoli – cytrynowymi dropsami. „Albus zawsze wszystkich potrafi zaskoczyć” powiedziała nam Dorea Potter (ekskluzywny wywiad z posiadaczką największej fortuny w przemyśle miotlarskich, czyt. s. 8).
Goście byli w wyśmienitych humorach. „Nadal pamiętam Lily jako małą zadziorę, szalenie zdolną i wbijającą szpilki niechęci w Jamesa. A tu proszę – ślub! Doprawdy niezwykłe, cudowne…” – zachwycał się emerytowany nauczyciel eliksirów, pan Horacy Slughorn. Drużba, niezwykle przystojny Syriusz Black wyznał: - Przed kilkoma laty prędzej dałbym się wrzucić do kryjówki trolli górskich, niż pomyślał, że oni będą parą. Nienawidzili się, uprzykrzali sobie życie na każdym kroku. Najwyraźniej to była tylko gra wstępna”…

Zrobiło jej się niedobrze. Ale nie chodziło tylko o przerażająco niski poziom tego artykułu. Chodziło o Syriusza. Na samą myśl o nim dostawała dreszczy. Wypuściła ze spoconych rąk gazetę.
***
(…) Alastor Moody, ten wstrętny auror, wygrał walkę z Rosierem. Nie wiem nawet, jak wyrazić swój żal, droga Rillo. Evan prawie by go zabił, ale ten Potter… Zaatakował go od tyłu. Dwóch na jednego. Przeklęty Zakon Feniksa. Rosier chybił. Zaklęcie uderzyło Moodego w nos. Spory kawałek odpadł. Ale… Kiedy rzuciłem się, by pomóc, Evan już leżał na ziemi. Aurorzy zwiali. Rillo, jeśli tylko mogę pomóc, mów śmiało. Postaram się odwiedzić Cię jutro. Mamy straszny bałagan. Musisz być dzielna.
Całuję,
Nott.

Zwinęła się w kulkę i leżała pod łóżkiem, płacząc cichutko. Mroczny Znak jeszcze nigdy tak nie palił. Koniec roku 1980 należał do najbardziej krwawych w historii.
Co dzień ginął co najmniej tuzin czarodziejów, kilkunastu mugoli. I śmierciożerców.

***
Potęga Czarnego Pana złamana!
Chłopiec Który przeżył ratuje społeczność czarodziejską!
W dniu 31 października 1981 r. Harry James Potter odparł atak Sami-Wiecie-Kogo w swoim domu w Dolinie Godryka. Zaledwie roczne dziecko przeżyło uderzenie Avady Kedavry. Mały Harry został sierotą. Jego rodzice, James i Lily Potter (sylwetki, s.2) nie przeżyli starcia z Czarnym Panem. (…) Sami-Wiecie-Kto zniknął! Nadszedł kres pogromów. Aurorzy pod wodzą Alastora Moody’ego wyłapują niedobitki śmierciożerców. (…) Jeśliś czarodziej, czarownica, wiedźma, gnom, skrzat czy ktokolwiek inny wychyl szklanicę na cześć Harry’ego Pottera!

***
Pogrom mugoli!
Syriusz Black, przyjaciel Potterów, dokonał masakry w centrum Londynu. Zabił 13 mugoli oraz czarodzieja, który starał się mu przeciwstawić, Petera Pettigrew. To zdarzenie rzuca nowe światło na sprawę morderstwa Potterów. „To oczywiste, że Black ich wsypał.” – powiedział nam Barty Crouch, który zajmuje się tą przerażającą sprawą. Sam Syriusz Black nie chciał odpowiadać na pytania.
„Pettigrew okazał się niezwykle dzielnym czarodziejem. Zawsze był w cieniu Pottera i Blacka. Jednak, gdy Potter umarł, od razu ruszył na poszukiwania zdrajcy. Dotarł do Blacka i chyba wiedzą państwo co było dalej.” – opowiada Lucjusz Malfoy, doradca Ministra Magii do spraw ludobójstwa, niedawno oczyszczony z podejrzeń o współpracę z Sami-Wiecie-Kim.
***
Syriusz Black został skazany na dożywocie w Azkabanie. Wyrok został wykonany natychmiast. Poproszony o krótki komentarz, powiedział tylko „Wybaczam ci. Czekaj na mnie”. Wycieki z Ministerstwa Magii wskazują, że to szyfr.
***
-Kocham cię. – powiedziała Rilla, przechadzając się ze swoim siódmym mężem za rękę. Jego poprzednicy zginęli w dość mrocznych i nie do końca wyjaśnionych okolicznościach.
Mężczyzna uśmiechnął się do niej.
-Ja ciebie też, Emelino. – pochylił się, by cmoknąć ją w usta. Dla niego była Emeliną. Dawne imię pochowała wraz z upadkiem Voldemorta. Odsunęła się tym samym od przeszłości. Poczuła, że mąż obejmuje ją ramieniem. Czuła się tak bezpiecznie, tak pewnie, a zarazem odczuwała znużenie związkiem.
Była już dojrzałą kobietą. Niezwykle bogatą i wytworną. Wpływową, przebiegłą, przepełnioną cynizmem.
Jej czarnoskóry mąż kierował małym chłopcem delikatnie, gdy ten stawiał niepewne kroki. Co chwilę spoglądał, czy dziecku nic nie dolega. Miała wielką ochotę wybuchnąć śmiechem. Dzieciak nawet nie był jego. Przybłęda. Jak uwierzył? Wystarczyło lekko zmodyfikować pamięć.
Czy to jej wystarczało? Czy wypełniało jej serce radością? Nie. Wciąż dążyła do doskonałości. Nie potrzebowała niańki, tylko męża.
Podświadomie wyczuwała, że przegrała swoje życie. Musiała się bronić, odzyskać je dla siebie. Zacząć się cieszyć, rozdawać pieniądze biednym, być aniołem dobroci.
Chłopiec zachwiał się i o mało nie przewrócił. Przystanęli. Emelina wzięła go na ręce i przycisnęła do siebie, ocierając łzy na twarzyczce malucha.
-Nie martw się, tatusia już nie będzie. Nikt nie stanie nam na drodze. Kocham cię, Blaise. – mały Zabini przestał płakać i zarzucił malutkie rączki na szyję przybranej matki.
***
9 lat później.
-Słyszałaś, że Syriusz Black zwiał z Azkabanu? – spytała Narcyza Malfoy, poprawiając drogi kapelusz.
-Tak. I co z tego?
-Nie miałabyś ochoty…?
-Nie.
-Ale kiedyś… - nie dawała za wygraną Cyzia.
-Nie. – Emelina Zabini zapłaciła za dwie nowe suknie. Madame Malkin rzuciła się, by elegancko zapakować kreacje – To przeszłość.
-Skoro tak twierdzisz. – Narcyza wzruszyła ramionami.
-Skończyłam z tym.
-Oczywiście. – pożegnały się chłodno. Emelina ruszyła Nokturnem. Musiała kupić jeszcze parę rzeczy. Kilka przeklętych przedmiotów dla nieprzyjaciół, sól ochronną, by nikt nie próbował się włamać do jej domu.
Na ramieniu pani Zabini wylądowała mała sówka. Zaklęła, spychając ptaka. Paskudny zwierzak podarł delikatny materiał jej sukni, zostawiając krwawe szramy na ramieniu. Machnęła różdżką, likwidując obrażenia.
-Czego chcesz? – warknęła. Sowa wypuściła list i odleciała w popłochu.
Emelina pochyliła się, podnosząc kopertę, którą po chwili rozdarła.
Ostatnia szansa. Naprawdę. Dzisiaj o 23:30 na moście londyńskim.
Twój S.

Ostatnia szansa na szczęście. Czy warto spróbować?
______
Thx dla Cathez za wyłapanie powtórzenia :*
komentarze [46]

12. Syriusz >> poniedziałek, 18 lutego 2008 15:37:21


> Notka. Nowa. Wymęczona. Specjalnie dla Was - olbrzymia dawka romantyzmu, o który tak długo zapobiegałyście.
Napisane przy: AFI - Morningstar
Dedykacja dla:Cathez i Angeliny

Black. Black. Ten Syriusz Black. Miała kompletny mętlik w głowie. Co się dzieje? Czemu znowu stanął jej na drodze? Tak przecież nie miało być. Powinna być silna, bezwzględna, odporna na jego widok. Coś jednak drgnęło.
Wyczuwała to wyraźnie. Dlatego też po bitwie, w której, dzięki pieprzonej uprzejmości jej przyszłego męża, nie mogła wziąć udziału, unikała spojrzeń innych śmierciożerców i samego Voldemorta. Rywalizacja o łaskę Czarnego Pana trwała w najlepsze. Jej słabość mogłaby ją żywcem pogrzebać.
Voldemort potrafił przeniknąć do myśli każdego. Ze słów Narcyzy wywnioskowała, że często naprzykrzał się pod tym względem Lucjuszowi. Żadna z nich nie wiedziała czemu. Być może Czarny Pan wyczuł nadmierne wazeliniarstwo, niepewność? Kto wie.
-Voldemort odsunął go od najważniejszych obowiązków. – szepnęła Narcyza, gdy razem popijały herbatę. Punktualnie o siedemnastej. Mimo panującej wojny między organizacją o niewiele mówiącej nazwie Zakon Feniksa a nimi, śmierciożercami, harmonia musiała zostać zachowana. Zwłaszcza w arystokratycznych domach.
-Podał jakieś powody? – spytała Rilla, wpatrując się w płomień świecy.
-A czy kiedykolwiek podawał? – żachnęła się Narcyza – Lucjusz obwinia mnie. Nie jestem zdecydowana na taką służbę. Chciałabym wyjechać. Na kilka miesięcy. Chociażby do Francji. Mam tam kuzynkę, Adriannę. Trochę starsza ode mnie. Samotna. Na pewno weźmie nas pod swój dach.
-Myślałam, że wolisz luksusowe hotele. – burknęła przyszła pani Rosier – Pełen komfort. Nie wyobrażam sobie ciebie, siedzącej u kogoś kątem.
-Nic nie rozumiesz. – westchnęła Narcyza – Nie chcę rzucać się w oczy. Proszę, wiem, że jesteś jeszcze dzieckiem, ale…
-Milcz. – Rilla zerwała się na równe nogi. Wycelowała różdżką w Narcyzę – Jeszcze jedno słowo…
-No dalej. – syknęła ta – Skoro jesteś taka silna, pokaż na co cię stać. – Whiteflower wypuściła różdżkę z rąk. Było jej głupio. Jak mogła tak się zachować? Jak mogła grozić najlepszej przyjaciółce?
-Ja… - zaczęła nieporadnie.
-Usiądź, proszę. – poleciła Narcyza. Rilla opadła na fotel – Bo widzisz… - pani Malfoy nachyliła się ku niej – Zatracasz się. Gubisz się w tym. Nie możesz pozwolić, by kierowały tobą emocje. Stąpasz po cienkim lodzie. Jesteśmy w podobnej sytuacji. Ja wyjeżdżam, a ty?
-Nie mam dokąd.
-Możemy zabrać cię ze sobą.
-Chcę zostać. – odparła Rilla. Miała ochotę wyjść. Czuła się dziwnie osaczona. Narcyza chciała pociągnąć ją ze sobą. Na sam dół. Wyjazd z pewnością będzie katastrofalny w skutkach. Nie raz widziała, jak Voldemort karał zdrajców. Ale warto było posłuchać rad pani Malfoy. Może akurat okażą się przydatne.
Narcyza wyciągnęła z kieszeni swój notesik. Mały, czarny, obszyty złotą nitką. Drżącą ręką nabazgrała coś w nim piórem. Wyrwała kartkę, na której pisała i podała ją Rilli.
-Gdyby doszło do eksterminacji, idź pod ten adres. Noś tę kartkę zawsze ze sobą. Pamiętaj, nie patrz na innych. Oni są jak zwierzęta. Taki Crabbe… Pamiętam, jak Lucjusz próbował go swatać. Katastrofa. Nie daj się zniszczyć. Nie pozwól, aby służba uczyniła cię gorszą od parszywych mugoli.
-A Evan? – czuła, że spotkanie zaraz się zakończy. Słyszała lewitujące bagaże, które w drodze na parter nie jeden raz obijały się o ściany z potwornym brzdękiem.
-To zależy od ciebie. – Narcyza uśmiechnęła się tajemniczo – Na mnie już czas. – obok nich teleportował się młody, nieporadny skrzat domowy imieniem Zgredek. Ukłonił się i oznajmił, że samochód czeka.
-Samochód? – podchwyciła Rilla.
-Niemagiczny środek transportu. Aby nie dać się tak łatwo złapać.
-Myślałam, że…
-Brzydzę się, - Narcyza zmarszczyła nos – ale co zrobić? Liczy się tylko to, abyśmy dotarli na miejsce cali. Ja i Lucjusz. Żegnaj, kochana. – ucałowały się na pożegnanie – Może jeszcze się zobaczymy.

***
Ślub był skromny. W małej kaplicy. Na maksimum dziewięćdziesięciu gości. Byli to śmierciożercy i ich rodziny. Rillę do ołtarza poprowadził sam Czarny Pan, przez co okazał przyszłemu małżeństwu dużo łaski.
Ubrana była w białą suknię, dość skromną, ale gustowną, lekko marszczoną, uwydatniającą biust. Włosy ułożono jej w kok. Nie miała welonu, nie było czasu, by go szukać.
Typowy szybki ślub.
Typowe wesele, gdzie nie zabrakło alkoholu.
Typowo zamartwiający się Evan.
Czarny Pan opuścił ich tuż po ślubie. Szybko, nie śmieli pytać się o powód.
-A jeśli go czymś obraziliśmy? – Rosier przerwał małżeński taniec ze zmartwioną miną.
-Nie, na pewno nie. Błagam. Ludzie patrzą. – szeptała mu do ucha.
-Ale…
-Proszę, oszczędź mi wstydu. – opamiętał się i pocałował swą żonę prosto w usta. Namiętny, długi pocałunek. Przytuliła się bardziej.
-Kocham cię, słońce.
Przełknęła ślinę.
-Ja ciebie też.
Potem już tylko wódka. Koniak. Whisky. Dużo. Całe morze alkoholu.
***
-Evan, to boli.
-Już dobrze. – objął ją ramieniem i czule ucałował – Już po wszystkim.
-Wcale nie.
-Co?
-Patrz. Idą kolejni. – zaczaili się za olbrzymim drzewem, szykując się do ataku. Dwóch czarodziejów. Jeden czarnoskóry, z opaską na jedno oko – To Draflierd. Robota Belli. – szeptała Rilla.
-Mogła oszczędzić nam kłopotu i od razu go zabić. – skrzywił się Evan – A ten drugi?
-Syriusz Black. – odparła, powstrzymując drżenie głosu. Nie mogła okazać słabości. Oczy napełniły jej się łzami. Odwróciła głowę. Miała ochotę uciec. Jak najdalej… Black… Syriusz. Miała go teraz zabić. Otarła rękawem twarz.
-Co jest? Chyba nie boisz się pieska Dumbledore’a? – nie znosiła jak Evan zaczynał grać na jej ambicjach. Nie podnosiło to u niej motywacji. Wywoływało tylko lęk. Strach przed pojedynkiem - Na trzy. Osłaniasz mnie.
-Dobra. – wychrypiała.
-Raz…dwa… trzy…
Wyskoczyli na drogę.
-Avada Kedavra! – ciało Draflierda poleciało lekko w bok. Uderzyło o ziemię, masakrując twarz.
Syriusz Black wyszarpnął różdżkę zza pazuchy.
-Rosier. – wysyczał – Nadszedł twój koniec. Exp…
Rilla roześmiała się. Zaklęcie rozbrajające. Czy tym zamierzał pokonać śmierciożercę? Black wreszcie ją dostrzegł.
-Co ty tu…?
-Jestem w pracy. – odparła dziewczyna. Znowu była silna. Widziała, że Evan wciąż się waha. Mógłby go zabić już z co najmniej sto razy. Jednak stał. Nie opuszczał różdżki, ale nie chciał wykonać ruchu jako pierwszy.
-Jak? – Syriusz spojrzał nań pytająco – Czy ty…
-Tak, służę Czarnemu Panu, Black. Evan… - zwróciła się do Rosiera – zajmiesz się tym, czy ja mam dokończyć robotę?
-On pójdzie z nami.
-Co? – wykrzyknęła – Ale przecież…
-Czarny Pan będzie zachwycony takim osobliwym gościem. Impedimenta, Incarcerus! – uderzył w Blacka dwoma zaklęciami. Unieruchamiającym i krępującym. Na wszelki wypadek.
Syriusz odbił, rzucając zaklęcie tarczy.
-Imperio! – zaklęcie odbiło się, uderzając Evana w twarz.
-Incedio. – zaklęcie podpalające. Uderzyło w trawę, na której stał Black. Tarcza rozmyła się, zmieniając w gaz – Avada… - do akcji wkroczyła Rilla -…keda… Auuuuuu! – zaklęcie uderzyło w pobliskie drzewo.
Rosier nadal był pod działaniem Imperiusa. Zaatakował ją. Niewidzialna siła uniosła Rillę za kostkę u nogi. Zawisła głową do dołu.
„Levicorpus” – pomyślała ze wściekłością. Klęska. Totalna. Przegrała. Spróbowała rzucić ostatnie zaklęcie, kurczowo trzymając różdżkę w dłoni.
- Expelliarmus! Nadal jest ci tak do śmiechu? – podszedł do niej Syriusz.
Nie odpowiedziała.
-Zabieram cię stąd. – machnął jej różdżką. Evan padł na ziemię – Daruję mu życie. Dla ciebie.
-Zaraz się rozpłaczę ze wzruszenia. – sarknęła – I nigdzie nie pójdę!
-Chcesz tak wisieć?
-Choćby całe wieki. Odejdź. Zabij mnie lub zrób cokolwiek, tylko się odsuń!
Napierał na nią coraz bardziej. Pochylił się lekko, by spojrzeć jej w oczy.
-Jesteś więźniem, Whiteflower.
-Tu takiej nie ma. Zgiń, przepadnij, siło nieczysta.
-I co jeszcze? Whiteflower, co ty tu właściwie robisz?
-Wiszę.
-Co robisz ze śmierciożercami? – uzupełnił z kwaśną miną.
-Eliminuję wrogów.
-Ja też nim jestem?
-Tak.
-Dlaczego?
-Na głupie pytania, są głupie odpowiedzi, Black. Po prostu… Olałeś mnie, gdy byłam w tarapatach, a teraz wiszę do góry nogami.
-Pójdziesz ze mną?
-Gdzie? Nie chcę. Zostaw mnie z Evanem, zabij nas lub zabierz razem.
-A po co ci Rosier? – spojrzał na nią nieufnie.
-To mój mąż.
Black cofnął się. Na jego twarzy malowało się obrzydzenie. Po chwili dołączyła do tego wściekłość.
-On? Ten plugawy robal?!
-Z błogosławieństwem Czarnego Pana. – uśmiechnęła się Rilla. Lubiła go drażnić. Zawsze reagował tak samo. Jak dzieciak, któremu zabrano kredki i dano tandetnego różowego kucyka – To on prowadził mnie do oł…
-Dosyć! – pojawiły się pierwsze oznaki furii – Czy ty wiesz…
-Ja nic nie wiem. Ooo… Przepraszam. Wiem, że nie chcę tak wisieć… Źle się czuję. – machnął różdżką. Wylądowała na ziemi – Auu… - zaczęła rozmasowywać bolący kark.
Szarpnął ją, biorąc na ręce.
-Co robisz?
Cisza. Teleportowali się. W dali widać było Hogwart i tereny należące do szkoły.
-Idziemy do Dumbledore’a?
-Cholibka, Syriusz, co ty tu… - biegł do nich gajowy Hagrid.
-Zawołaj dyrektora. – polecił Black.
-Zara… - gajowy wskazał paluchem na Rillę – Czy ja dobrz…
-Hagridzie, proszę. – nalegał Syriusz. Półolbrzym odbiegł w kierunku zamku.
-Co ze mną zrobicie? – cisza. Denerwująca – Mów! – próbowała się wyrwać, ale trzymał ją w żelaznym uścisku.
-Poniesiesz karę.
-Syriuszu… - musnęła włosami jego twarzy – Ja… zbłądziłam.
-Co? – zdziwił się. Objęła go bardziej.
-Żartowałam z tym ślubem. Nie mam obrączki. Spójrz. – pokazała mu dłoń. Ani śladu biżuterii.
-To… - zaczął nieporadnie. Zamknęła mu usta pocałunkiem. Delikatnie, nie chciała go wystraszyć. Poczuła, że doprowadziła go do dreszczy. Zapomniał o sytuacji, w jakiej się oboje znajdowali, o dyrektorze Hogwartu, o Hagridzie, pogłębiając pocałunek. Przejął inicjatywę, błądząc palcami po jej ciele. Mieszanka sprzecznych emocji, nienawiść, rozkosz, potrzeba bliskości. Przyciągnęła go jeszcze bliżej. Smak jego ust, te ciepłe oczy, bezgraniczna miłość i zaufanie.
Poczuła się podle. Wykorzystała go. Wyszarpnęła z jego ręki jej różdżkę. Nie opierał się, zbyt zajęty wzbijaniem się na kolejne etapy rozkoszy.
Przymknęła oczy.
„Nie mogę… Nie potrafię go zabić.” – pomyślała. Ograrnęła ją fala ciepła. Czuła się taka… bezpieczna.
-Kocham cię. Od zawsze. – wychrypiał Syriusz – Wyciągnę cię z tego.
-Nie dasz rady. – opuścił ją. Dotknęła nogami ziemi.
-Dumbledore…
-Kiedy czekałam, nikt mi nie pomógł.
-Szukałem…
Pocałowała go ponownie. Ostatnie zbliżenie przed jej odejściem.
-Żegnaj. – rzuciła. Teleportowała się.
komentarze [23]

11.Spotkanie w deszczu. >> poniedziałek, 14 stycznia 2008 20:49:56


> Dedykacja dla:...
Hmm.. Wszystkich, którzy to czytają.
Dzięki, że jesteście ze mną ^^.

I dla autorki bloga http://hogwart-eksperymentalny.mylog.pl/, gdzie próbowałam dodać komentarz, a mylog co krok się zacinał :/. A ja się tak rozpisałam :/. Fuck...


-Cz… Cz… Czego ch…ch…chcesz? – wydukał Peter, kiedy, spętany grubymi sznurami, przeleciał przez malutką uliczkę na obrzeżach Londynu. Rilla zatrzymała się wreszcie przy dużej rezydencji, ogrodzonej wysokim płotem. Z ulicy można było zobaczyć jedynie* okna strychu i stromy dach. Dom Nottów.
Opuściła różdżkę, nie zwracając uwagi na to, że po chwili Peter zarył nosem w płytę chodnikową. Miała to najzupełniej gdzieś.
Bo… W końcu nikt nie kazał jej dostarczył tego małego, parszywego szczura w nienaruszonym stanie.
-Masz szczęście, Peter. – syknęła – To twój wielki dzień.
-Ty… Ty…
-Och, zamknij się. – machnęła ręką – Chłoczyść! – zawołała, celując różdżką w Petera. Z jego ust wytoczyły się trzy pełne, szkliste bańki mydlane – Jeszcze jedno słowo i będziesz wąchać kwiatki od spodu. – powiedziała dobitnie.
No cóż…
Nie mogła go zabić.
Wtedy utraciłaby wszelkie względy Voldemorta.
Ale przecież Pettigrew o tym nie wiedział.
Zamilkł więc w przerażeniu. Gdyby został na jeszcze jednym pączku w cukierni Luisa, nie wpadłby na nią… Logika.
Pozostawmy jednak problemy egzystencjalne plującego sobie w brodę Petera i powróćmy do Rilli.
Podeszła do bramy i trzy razy uderzyła kołatką. Odpowiedział jej cichy szmer.
-Nagini. – szepnęła. Za drzwiami dało się słyszeć syk.
Brama uchyliła się, a Rilla wepchnęła do środka poobijanego Petera.
***
-Na samą groźbę o Crucio zaczął sypać. – relacjonował z wypiekami na twarzy Avery. Cotygodniowe spotkanie w domu Malfoyów. Voldemort jeszcze nie przybył, więc podzieleni na kilkunastoosobowe grupki zaczęli wyjawiać co ciekawsze wydarzenia. Oczywiście główną atrakcją był Pettigrew – Plugawiec. Czarny Pan nie pozwolił mu się nawet zbliżyć, kiedy mały przyjaciel Pottera zaczął się płaszczyć i prosić o litość.
-Jest animagiem. – odparł w zamyśleniu Lucjusz – Tak samo jak jego koleżkowie.
-W co się zmienia? – zapytał Evan Rosier. Siedząca tuż obok Rilla ze znudzeniem wpatrywała się przez szereg szklanek w zasępionego, czającego się w kącie sali, Regulusa.
-W szczura.
-A Potter i Syriusz Black?
-Pan Zmierzwię-Sobie-Włosy Potter w jelenia, Black w psa. – rzuciła przechodząca tuż obok Parkinson – Amatorzy.
Rozgorzała dyskusja na temat jej umiejętności, która po chwili przemieniła się w awanturę.
Rilla wstała od stołu i podeszła do Regulusa.
-Wyglądasz na zmartwionego. – zauważyła. Spojrzał na nią niezbyt przytomnie – Nic ci nie jest?
-Czarny Pan jest już gotowy. – nachylił się. Mówił cicho, by tylko ona mogła go usłyszeć – Już za kilka dni rozpoczyna szturm.
-Skąd wiesz? – spytała z niepokojem.
-Malfoy po kilku głębszych poda nawet dokładne położenie swojego sejfu. – burknął – Przestaje mi się to podobać. Moi rodzice…
-Co tam szepczesz, stary? – tuż obok nich wyrósł Rosier, który wolał nie tracić Rilli z oczu – Mów śmiało, - zawołał – jesteśmy w końcu jak jedna wielka rodzina!
Black zmieszał się, jeszcze bardziej zgarbił, widząc, że śmierciożercy są najwyraźniej zainteresowani całą sytuacją. Zamilkł, podczas gdy Rilla na biegu wymyślała jakąś zabawną anegdotkę.
***
-Lucjuszu. – rzekł Voldemort. Malfoy zbliżył się do jego fotela i złożył idealny, arystokratyczny pokłon – Ty i Bellatrix jesteście odpowiedzialni za przebieg misji, jaką za chwilę wam przedstawię. – tłoczący się w kole sług Czarnego Pana Crabbe i Goyle jęknęli z zachwytem. Rilla patrzyła z lekkim uczuciem zazdrości, gdy młoda pani Lestrange dołączyła do Lucjusza i ucałowała pierścień Voldemorta – W razie niepowodzenia zostaniecie również pociągnięci do odpowiedzialności. – zrobił krótką przerwę, czujnie wodząc oczyma po kręgu – Zaatakujemy o zmierzchu, za dwa dni. Przetrzebimy pracowników Ministerstwa Magii. Nie ważne, czy ma rodzinę, zabijajcie każdego, bo kiedy się odwrócicie po okazaniu łaski, nie liczcie, że wyjdziecie stamtąd żywi. Nie zapominajcie także o nagrodzie. Widzę i nagradzam. – odparł łaskawie.
-A Zakon…? – spytał znudzony Greyback – I ten maminsynek Regulus Black? Kiedy zostanie śmierciożercą? Kręci się tylko pod nogami. – wyraził swoje niezadowolenie.
Voldemort wyglądał na zdziwionego. Jakim prawem ten smrodliwy wilkołak tak się do niego zwraca? Skąd ta arogancja?
Uśmiechnął się złośliwie, w oczach rozbłysły niepokojące, czerwone iskierki. Niewątpliwie obmyślał karę.
-I na to przyjdzie czas. Nie ma jeszcze siedemnastu lat. – odpowiedział zamiast niego Lucjusz.
-Snape, Rosier i… Whiteflower. – wyrzekł Czarny Pan – Zwłaszcza ty, - wskazał palcem na Rillę – dobrze się sprawujesz. Tylko to twoje imię i nazwisko… Mdłe. – schyliła się, by okazać skruchę – Czarny Pan jest jednak miłościwy. Rosier, daj jej swoje nazwisko.
-Dziękuję, mój panie. – Evan ucałował rąbek szaty Voldemorta.
Rilla z trudem nabrała powietrza do płuc. Błogosławieństwo Czarnego Pana. Sic! Odwrotu już nie było.
-…Jednak nie po to was wzywałem. – ciągnął Voldemort – Severusie, wraz z nimi udasz się do Turpinów i Madleyów. Nie przybyli, choć mieli otrzymać dziś Mroczny Znak. Muszą ponieść konsekwencje.
-Tak, panie. – Snape skrzywił się nieznacznie.
***
-Morsmordre! – zawołał Rosier po skończonej robocie. Skierował różdżkę w górę. Z jej końca wysunęła się zielona mgiełka, która natychmiast uniosła się kilkadziesiąt stóp nad ziemią. Świetlista, zielona czaszka, z ust której wychodzi wijący się wąż. Aby wiedzieli. Zarówno mugole jak i czarodzieje. Że Słudzy Czarnego Pana są potężni i nic ich nie zatrzyma.
Severus Snape z odrazą wymruczał coś pod nosem. Fundamenty domu państwa Turpin rozchwiały się, co czym cały gmach runął z potężnym hukiem. Fala kurzu uniosła się na poziom ich twarzy, uniemożliwiając swobodne oddychanie. Ograniczała pole widzenia do kilkunastu stóp.
-Co za cholerstwo. – pokręcił z niesmakiem głową Evan – Chodź, Sev. – pociągnął za szatę Snape’a – Ty wracaj do Lucjusza i powiedz, że robota wykonana. – Rilla prychnęła obrażona.
Wydostała się na drugą stronę ulicy. Z niesmakiem spojrzała na przybrudzoną szatę. Była rozdarta przy prawej kieszeni. Ścisnęła wargi, tak jak profesor McGonagall w swoich najlepszych czasach.
„Wypadałoby wpaść na Nokturn.” – pomyślała i ruszyła do Dziurawego Kotła.
-Kieliszek brandy. – rzuciła do starego już Toma, po czym wygodnie usiadła przy barze. Jej pojawienie się nie wywołało zbytniego zamieszania. Nie była rozpoznawana jako śmierciożerczyni. Nie pozwalano jej brać udziału w najważniejszych akcjach.
Rzuciła w stronę barmana parę knutów i rozejrzała się. W kącie siedziała trójka młodych czarodziejów. Mniej więcej w jej wieku.
Jeden był brunetem z rozczochranymi włosami, wypuszczał z ręki i łapał znicza, którego musiał najwyraźniej zwędzić ze szkoły, drugi chłopak nie posiadał zbyt interesującej postury, miał parę zadrapań na dłoniach, ale przy tym niezwykle łagodne niebieskie oczy przykryte blond grzywą, a trzeci…
-Syriusz Black. – orzekła ponuro Rilla. Szare oczy, czarne włosy, szelmowski uśmiech. A obok Potter i Lupin.
Brakowało tylko biednego Petera, którego przygotowywano do ceremonii wypalenia Mrocznego Znaku.
Jej źrenice mimowolnie się rozszerzyły. Odebrała kieliszek i odsunęła się od baru. Usiadła przy stoliku jak najbliżej Huncwotów.
-Stary, ta miotła jej cudowna. – powiedział z entuzjazmem James Potter, potrząsając dla potwierdzenia wysnutej tezy głową Remusa – Łapa, uwierz mi, Lily będzie zachwycona!
-James, - westchnął Syriusz Black – jest jeden malutki problem, – ciągnął tonem opiekunki wyjątkowo niegrzecznego pięciolatka – a raczej nawet dwa. Po pierwsze – Lily Evans nienawidzi Quidditcha. Do drugie – miotła na pewno nie będzie dla niej wymarzonym prezentem od narzeczonego.
Rilla zakrztusiła się i wypluła pospiesznie drinka na przyłożoną do ust serwetkę.
„NARZECZONY?!” – o mało nie spadła z krzesła.
-Można pani jakoś pomóc? – jej wybuch zwrócił uwagę Remusa Lupina.
-Nie, ale dzięki. – mruknęła. Czuła na sobie spojrzenia wszystkich trzech chłopaków. Spojrzała prosto w oczy Syriuszowi. Zero reakcji… Tylko cielęcy uśmiech.
Czyżby jej nie poznawali?
-Nazywam się Syriusz Black. – wyciągnął rękę. Uścisnęła ją lekko zmieszana – To James Potter i Remus Lupin. – kolejne uściski.
-Emelina Bode. – wymyśliła na biegu.
-Z jakiego jesteś domu? – spytał Potter, poprawiając okulary, by lepiej jej się przyjrzeć – Nigdy wcześniej cię nie widziałem.
-Z tych Bode’ów? – pochwycił Syriusz, zagłuszając pytanie Jamesa.
-Dalekie kuzynostwo. – bąknęła Rilla – Nic specjalnego. Nie utrzymujemy ze sobą kontaktów. – udała rozgoryczenie – Moi rodzice zmarli niedawno, więc przeniosłam się do Londynu. – dodała smętnie – Cóż, czas na mnie. – podniosła się i ruszyła w stronę drzwi prowadzących w kierunku Pokątnej – Było miło. – rzuciła przez ramię.
***
-Emelina Bode. – powtórzył Syriusz, kiedy zniknęła na zapleczu – Była bardzo podobna do…
-Łapa, tak dłużej nie można! – odrzekł poważnie Potter – Musisz się wreszcie pozbierać.
-Emelina Bode. – odpowiedział mu cichy pomruk.
***
Przebiegła kilkanaście metrów, wydostając się z Nokturnu. Wpadła na ponurą Pokątną. Wszelkie stoiska pod gołym niebem zniknęły, ulewny deszcz walił w dachówki, po chodniku sunęła tafla wody.
Szła, brodząc po kostki. Marzyła by się przebrać, być już w ciepłym domu Malfoyów, ale Czarny Pan kazał ograniczać im teleportację do minimum. Przynajmniej do czasu zagłady połowy personelu Ministerstwa Magii.
„Czemu Regulus się boi?” – zastanowiła się – „Przecież nie będzie brał w tym udziału. To zwykły etap. Jeden z wielu.” – potknęła się, ledwo utrzymała niesione pakunki.
-Może pomóc? – znowu ten głos. Syriusz.
-Dam sobie radę. – odrzekła chłodno.
-To co tu jeszcze robisz? – woda spływała po jego pięknej twarzy.
-Idę. A ty stanąłeś z przejściu. – sprowadziła Blacka na ziemię.
-Dokąd idziesz? – nie ustępował.
-Do domu.
-Dokąd? – spytał ponownie – Gdzie mieszkasz?
-Czy to ważne? – syknęła. Miała ochotę przycisnąć mu różdżkę do gardła.
-Dla mnie tak.
„Pieprzony bohater. Nie ze mną takie numery.” – wyminęła go.
-Czekaj!
-Nie chce mi się moknąć.
-Czemu mnie spławiasz?
-Bo lubię spławiać.
-Ale mnie? – upierał się dalej i ruszył za nią.
-Właśnie ciebie najbardziej. Zostaw mnie.
-Emelina… Słuchaj… Ja wiem, że nie masz gdzie iść. – zatrzymała się gwałtownie, jakby dostała w twarz.
-A ja wiem, że jesteś sam. – syknęła – Zupełnie sam. Cały świat Pottera kręci się wokół Evans, a ty nadal chcesz się bawić. Ale wszyscy trzymają się z daleka, zdrajco krwi. – Syriusz oniemiał. Próbował jej przerwać, ale nie potrafił. Znał to. Ten pełen kpiny i złości głos – Pozdrowienia z zaświatów, Black. – odbiegła.
Nie szukał jej przez te lata. Nie zasługiwał na litość.
***
-Ty nie idziesz. – powiedział stanowczo Rosier – To dla ciebie zbyt niebezpieczne. Zostań z Narcyzą i popracujcie nad przygotowaniami do ślubu. – Rilla zacisnęła pięści. Chciała nań już krzyczeć, ale pani Malfoy stanowczo wyprowadziła ją z komnaty.
-Nie ma co się z nimi użerać. Skoro chcą ginąć, niech im będzie! – zawołała ze złością Narcyza. Najwyraźniej zdążyła pokłócić się już z Lucjuszem.
-Syriusz Black wie, że żyję. – usiadły na kanapie w salonie. Brew pani Malfoy uniosła się do góry – Małe, nieprzyjemne spotkanie.
-I co cię to obchodzi? Pamiętaj, że Lord Voldemort planuje wykorzystać twoją różdżkę i moc przeciwko nim, odkąd Lucjusz mu o tobie opowiedział. Daruj sobie wizję dobrych stosunków z Syriuszem. To nędzny pomiot, niszczący dobre imię mej rodziny. Popatrz na Regulusa, – wskazała na chłopaka, który właśnie wszedł do pomieszczenia – to jest godny przedstawiciel rodu i następca mego wuja.
_________
*Dziękuję Cathez za wyłapanie błędu.
komentarze [40]

10. Zmiany. >> niedziela, 2 grudnia 2007 18:57:06


> Napisane między jedną reakcją chemiczną a drugą.
Wreszcie zaczyna się właściwa historia, bez zbędnych dodatków i cukru.
Dedykacja dla Jean, za to, że zawsze potrafi mnie pocieszyć.
Zwłaszcza Achmedem ^^.


Pojedynek… Zakazany Las… Greyback…
Znak… Ból…
Evan…
Obudziła się w dużym pokoju, do którego nieśmiało wpadały promienie słoneczne, odbijając się przy okazji od zalegającego już na dworze śniegu.
Minęło dużo czasu. Nie wiedziała dokładnie, jaki to dzień roku, który miesiąc. Według najbardziej prymitywnych ustaleń, doszła do wniosku, że może to być przełom grudnia i stycznia.
Ciągle poddawano ją jakiejś chorej kuracji. Ilekroć stawała na nogach, po dwóch- trzech dniach na nowo zaczynała dręczyć ją gorączka. Eliksiry od starej czarownicy, piastunki w domu Malfoyów, nie chciały się przyjmować, organizm dziewczyny zdecydowanie je odrzucał.
Zaś Fenrir Greyback, wpadający od czasu do czasu do rodziców Lucjusza Malfoya na popołudniową herbatkę w gronie śmietanki Śmierciożerców, z miną chytrego lisa stwierdzał, że to swoistego rodzaju test. Test wierności, wywołujący niezachwiane podporządkowanie się w obliczu śmierci.
Kiedy zaś opowiadał o bezsensownej walce dziewczyny z pierwszego piętra rezydencji i jej nieugiętej głupocie, przy której nieźle można było się zabawić, nawet niejaki Lord Voldemort uśmiechał się pod nosem, podczas gdy jego wąż, Nagini, snuł się między nogami gości.
***
-Przyjaciele o tobie zapomnieli. – rzucił Evan Rosier, smętnie skubiąc kawałki płatków róży, którą zerwał w ogrodzie. Opuścił zamek na cały weekend – Żyją, jakby cię nie było.
-Kłamiesz! – zawołała cicho. Próbowała się podnieść na łóżku do pozycji półsiedzącej, ale była za słaba. Wylądowała z urażoną miną na białej poduszce.
-Potter gania za Evans, Black wyrywa panienki, zwłaszcza tę Claudię. Ciekawe jak daleko się już posunęli. Nawet Lupin pocieszył się książkami.
-Przestań!
-A Peter… Hm…
-Co z nim?
-Zobaczysz.
-Jeśli mu coś zrobiłeś…
-To co? Skiniesz palcem i mnie zabijesz? – uśmiechnął się drwiąco i przesiadł się z fotela na łóżko. Bez większych ceregieli zaczął bawić się kosmykami jej jasnych włosów.
-Przestań!
-Nie jesteś już tam nikomu potrzebna… Szkoła… To już nie miejsce dla ciebie… Tu jest twój dom.
-Zostaw mnie, Rosier! Idź precz. Jeśli myślisz, że…
-Dumbledore wysłał już oficjalne kondolencje twojej matce. Była w Hogwarcie. Jest pewna, że nie żyjesz. Ubrana na czarno, spłakana… Ale miała przy sobie twoją siostrę, która jakoś wcale nie rozpaczała…
-Rosier! Jak śmiesz, odejdź! Jesteś żałosnym, nędznym robakiem!
-Ty nie jesteś lepsza. – szepnął jej do ucha – I dlatego tak do siebie pasujemy.
***
Poddała się. Kilka dni po rozmowie z Evanem. Nie szukano jej, tego była pewna. Dla swoich przyjaciół, rodziny była martwa. Nie miała przy tym żadnych szans na powrót. Zresztą…
Rosier napełnił jej serce niepokojem. Podjudzał ją przy każdym spotkaniu, wywoływał nienawiść. Ale nie do niego… Do świata, który tak zakpił z niewinnej dziewczyny. Chciała tylko przeżyć swoje dni w sposób godny i dobry.
Dumbledore…
Posiadał władzę, ale najwyraźniej nie zamierzał po nią sięgnąć.
Posiadał przyjaciół, ale nie zwrócił się do nich z prośbą o wsparcie w poszukiwaniach.
Posiadał autorytet, ale nie skorzystał z niego.
Posiadał wiedzę, ale do niej nie sięgnął.

Podwinęła rękaw i ostrożnie przejechała palcem po zabliźnionej ranie, jaką zadał jej Greyback.
Znaki.
Były wyraźne, mówiły dużo. Nic jednak nie wspominały o śmierci, bólu i cierpieniu.
Nie chciała spędzić reszty życia na leżenie w łożu.
***
21 czerwca 1976 r.

Młoda, na oko siedemnastoletnia dziewczyna podążała żwawym krokiem w kierunku Tamy Londyńskiej, położonej na południowym brzegu Tamizy.
Ubrana była w czarną sukienkę na ramiączka ze srebrnymi ozdobnikami, pod pachą niosła coś z pozoru przypominającego letni płaszczyk. Rozglądała się czujnie, gniewnie łypiąc na przechodniów, którzy ze zdziwieniem wpatrywali się w tatuaż z jakąś czaszką i wężem, który szpecił wraz z dużą blizną jej ramię.
„Przecież jest gorąco.” – pomyślała Rilla Whiteflower – „Każdy może chodzić tak, jak mu się podoba. Bellatrix też jakoś się nie wstydzi pokazywać swojego Znaku.” – uśmiech wpełzł na jej usta. Lubiła się porównywać do Belli, jej ukochanej mentorki i najlepszej przyjaciółki. Wracała właśnie z misji, jaką razem wykonywały.
Rodzina mugoli, w dodatku mnożących się jak króliki, z siódemką dzieci na karku.
Nie wiedziała czemu oni, ale błysk zielonego światła… Mrrr… Kochała patrzeć na śmierć, która wydobywała się z jej różdżki.
Czuła się cudownie, niemal bosko. Potrafiła odbierać życie.
I nie musiała zdawać bzdurnych egzaminów w Hogwarcie.
Ze szkoły odszedł także Regulus Black i razem z Rillą uczył się od najlepszych czarodziejów w Wielkiej Brytanii.
Tak przynajmniej mówił o nich Czarny Pan.
A Czarnego Pana zawsze trzeba było słuchać.
Regulus… Hm… Wiele można by o nim powiedzieć. Jedno jest pewne – bił brata na głowę we wszystkich możliwych dziedzinach, zarówno w nauce jak i w życiu. Przystojniejszy, wytworny, dowcipny, utalentowany, znający języki obce, muzykalny, młody arystokrata. Jego rodzice pozwolili mu na tę służbę, ustalając z dyrektorem Durmstrangu, poplecznikiem Mrocznego Lorda, że według oficjalnej wersji ich syn przebywa na naukach w Bułgarii.
Regulus zachwycał Rillę. Był inny od Evana, który z roku na rok stawał się coraz bardziej gburowaty, posępny i nerwowy, z byle powodu rzucający Avadą w wszystko, co znajdowało się w promieniu siedemdziesięciu kroków.
Kochała ich obu. Z Evanem spędzała wiele chwil, przeżyła z nim pierwsze namiętności, by później stać się mentorkę Regulusa. Rilla nie troszczyła się o opinię, bo wśród Śmierciożerców nie było to ważne. Co prawda, od czasu do czasu musiała znosić docinki Lucjusza Malfoya i to, że jego dłoń za często lądowała w okolicy jej kolana.
Przeszła obok małego sklepiku z zegarkami. Ale… Przystanęła. Coś ją zaniepokoiło.
Rozejrzała się. Dostrzegła parę czekoladowych oczu między starymi sieciami rybackimi, rozwieszonymi niechlujnie na sznurze.
Wyczuła palcami różdżkę ukrytą w zwiniętej szacie. Miała broń, mogła walczyć. Ruszyła w kierunku prawdopodobnego przeciwnika.
Równie dobrze mogłaby rzucić na niego od razu Avadę, z daleka, ale lubiła patrzeć swojemu wrogowi prosto w oczy.
Poza tym mogła się mylić. W tamtym tygodniu Avery zabił jakiegoś mugolskiego dziesięciolatka, który wyskoczył mu zza pleców i zrobił „bu!”.
-Wyłaź! – zawołała.
-To ja! – odparł cichy męski głos z wyraźną niezadowoleniem – Chodzisz jak święta krowa, w samo południe i zadowolona!
-Też cię kocham, Evan. – rzuciła beznamiętnie do wysokiego chłopaka o kruczoczarnych włosach i paskudniej bliźnie na policzku – Czego chcesz?
-Na początek… hm… buziaka. – cmoknęła go chichocząc w usta – Co tak marnie, hę? – pociągnął ją za rękę i wprowadził na jakąś małą brukowaną uliczkę – Słońce, kolejna misja.
-Niebezpieczna? – spytała, mrużąc oczy.
-Nie, polegająca na zwerbowaniu pewnego małego śmiecia. Jest potrzebny.
-Do czego? Kto to?
-To będzie bułeczka z masełkiem. Zgłoś się do Narcyzy, ona wszystko ci przekaże.
***
Szła już od dwudziestu minut za niskim, otyłym chłopakiem, przypominającym wyjątkowo paskudnego szczura, z kilkoma płowymi kłakami na łbie.
Chyba zauważył, że coś jest nie tak, próbował przyspieszyć, ale i to nie wystarczyło. Po chwili rzucił się do ucieczki, potykając o własne wyjątkowo grube nogi. Upadł na twarz, jęcząc żałośnie.
Rilla Whiteflower przybliżyła się i podciągnęła go za szatę.
Próbował krzyknąć, ale w porę zakryła mu usta.
-Witaj. Jak widać żyję i mam się dobrze. A ty… Jesteś potrzebny mojemu Panu, Peter. – wycelowała różdżką w pierś chłopaka i zacmokała cicho nad jego głową – Nic się nie zmieniłeś.
komentarze [30]

9. Znak od Fenrira. >> środa, 31 października 2007 14:18:04


> Zabierałam się za pisanie tej notki z milion razy, ale na przeszkodzie stawało mi wiele rzeczy. Popsuto mi świat, rozdeptano różową kredkę.
Dedykacja dla: Lali ;)

W tej notce sporo się dzieje, postanowiłam, że nieco przyspieszę akcję, bo tak pisałabym o jednym wydarzeniu przez 1000000 lat, a to byłoby nudne (przynajmniej tak podejrzewam, bo nigdy tak długo nie pisałam ;])
Zapraszam do czytania i proszę o komentarze!

Jeszcze wyniki sondy.
Co sądzisz o Rilli?
Jest zbyt wyidealizowana, mdła - 5.77% głosów: 3
Jest małą wstrętną egoistką, która nie wie, co ze sobą zrobić - 0% głosów: 0
Fakt, nie ma pomysłu na życie, ale w sumie jest dobrą osobą - 3.85% głosów: 2
Lubię ją, wiedzie interesujące życie - 0% głosów: 0
Jest spoko, choć powinna odwiedzać psychiatrę - 1.92% głosów: 1
Jest jedną z najorginalniejszych bohaterek ff - 23.08% głosów: 12
Ma swój temperament, charakterek, jest sympatyczna i przez to bardzo ją lubię - 65.38% głosów: 34
Oddano 52 głosów


Włamanie do gabinetu profesor McGonagall, ku wielkiemu zdumieniu Rilli, nie okazało się wcale takie trudne. Zwłaszcza, gdy za towarzysza miało się nieznośnego rozrabiakę Syriusza Blacka.
-To tu… nie tam… - mruczał pod nosem chłopak, wsuwając jakieś sznurki pod drzwi. Rilla stała obok.
Serce nadal nie przestawało jej bić z zawrotną szybkością. Czuła się wściekła… i bezradna.
Teraz przyjęła ciężar winy za zaistniałą sytuację na swoje barki. Za wszelką cenę starała się powstrzymać przed ugięciem kolan, upadkiem.
Co oni najlepszego zrobili?
Co knuje Syriusz?
Czemu akurat ona?
Co odbiło Evanowi Rosierowi? Czy chciał rozłościć tylko Blacka, czy może…
„Nie myśl o tym!” – skarciła się w duchu i pochyliła nad Syriuszem. Przy nim czuła się lepiej. Bardziej bezpiecznie, pewniej.
-Już kończę. – rzucił beznamiętnie – Sprawdź, czy na pewno nikt nie idzie.
Ruszyła korytarzem. Nic. Cicho. Wróciła.
-Już, już! – zawołał Syriusz, łącząc ze sobą dwa sznurki – niebieski i zielony.
-Przecież cię nie poganiam! – oburzyła się, ale niewiadomo czemu spłonęła rumieńcem.
-To stój spokojnie. – umocował koniec zielonej linki w szczelinie, złapał za różdżkę i wyszeptał zaklęcie.
Sznurki zapłonęły ogniem, rozległ się chrzęst zamka. Gabinet stał przed nimi otworem.
Rilla otworzyła ostrożnie drzwi, przekraczała już próg, gdy…
-Tylko spokojnie, nic nie ruszaj. – Syriusz złapał ją za rękę. Zacisnęła zęby.
-Tak, akurat wszystko zdemoluję, bo sprawia mi to dziką przyjemność! – fuknęła. Uniósł brwi.
-Rób jak chcesz. – syknął. Wyminął dziewczynę i zbliżył się do dużej gabloty, nad którą górował herb Gryffindoru.
-Accio zmieniacz czasu! – zawołał, a z najwyższej półki zsunął się niewinnie wyglądający naszyjnik.
-Skąd… - zaczęła nieporadnie Rilla.
-McGonagall ma swój własny, wiesz masa klasówek do sprawdzania, obowiązków, wizyt grzecznościowych i te sprawy. – Syriusz uśmiechnął się drwiąco. Czyli jednak nadal potrafi ją zaskoczyć… Dobrze, bardzo dobrze.
-Chcesz cofnąć czas…? – spytała z powątpiewaniem.
-Tak. Ale ty już nie bierzesz w tym udziału.
-Czemu?! – krzyknęła oburzona.
-Zamknij się. – syknął Black – Zaraz przyleci harpia i da nam szlaban. Wtedy nici z planu. To zadanie dla mnie, ty się nie nadajesz, jasne?
-Czemu? – powtórzyła, zaciskając pięści.
-Bo nie. To zbyt niebezpieczne. Zmiataj! – dziewczyna nie zamierzała się ruszyć. Westchnął ciężko – No dobra. Tylko masz się mnie słuchać! – założył im na dłonie łańcuszek i energicznie potrząsnął trzy razy klepsydrą.
***
-Emhym, hyhmrrrr… - drzwi od komórki na miotły otworzyły się. Do ciemnego pomieszczenia wpadło trochę światła.
Wysoki czarnowłosy chłopak pochylił się nad związaną Rillą i zaśmiał się cicho. Zastanowił się, po czym niepewnie zdjął jej knebel.
-Black, ty idioto! – ryknęła z całych sił.
-Myślałaś, że ze mną pójdziesz? – parsknął śmiechem, ukazując idealnie białe zęby – Nie, nie. To nie dla dziewczyn.
-Ty przeklęty szowinisto, rozwiąż mnie! TERAZ!
-Nawet nie spytasz o misję…
-Skoro tu jesteś, musiała się udać… Misja… Pfi… Kaszka z mleczkiem, a nie MISJA.
-Jesteś niewyżyta…
-Jestem ZŁA, Black, ZŁA!
-Twojego Rosiera zamknąłem w łazience Jęczącej Marty i jakoś nie będzie mógł się z tobą spotkać w jadalni i zaprosić… Zamiast tego z całą pewnością pozna interesujące szczegóły z życia najokropniejszego ducha w całym Hogwarcie.
-BLACK, ROZWIĄŻ MNIE, BYDLAKU!
-Jakoś mi się to nie uśmiecha. – westchnął – Najchętniej bym cię tu zostawił, ale…
-Ale…?!
-Musimy iść, bo my, to znaczy ty i ja w wersji zapasowej, idziemy na śniadanie. – machnął różdżką, a sznury opadły – Musimy się z nimi, a raczej nami, spotkać.
***
-Ej, Rilla. – podszedł do niej Remus. Drgnęła lekko, ale uświadomiwszy sobie, że przecież nadal się przyjaźnią, uśmiechnęła się.
-Cześć, siadaj. – przełożyła książki, robiąc mu miejsce na kanapie, na której siedziała – Co słychać?
-Nie wybrałabyś się ze mną do Hogsmeade? – wyrzucił z siebie Lupin, po czym, czerwony jak burak, zaczął intensywnie podziwiać swoje dłonie.
Rilla przełknęła ślinę.
-Może następnym razem… bo teraz mam sporo zaległości. Nie napisałam wypracowania dla profesor Sprout. I muszę uzupełnić swój sennik dla Trelawney… Ale bardzo chętnie, Remus.
Kiwnął głową i z już z większą swobodą zaczęli gawędzić.
„Jedna sprawa już załatwiona. Przynajmniej do połowy” – pomyślała Rilla, śmiejąc się z przedstawionych jej dolegliwości poalkoholowych szkolnego gajowego Rubeusa Hagrida.

~*~
Noc. To dla wielu czas na spanie. Zwłaszcza, gdy zaczyna się październik, następuje załamanie pogody, nagłe skoki ciśnienia.
Tej nocy spał praktycznie cały zamek. Profesor Dumbledore przysnął nad aktami prawnymi dotyczącymi szkoły, przygniatając ręką tubkę z mugolskimi cytrynowymi dropsami, pani Norris zwinęła się w kłębek, woźny Filch usnął oparty o swoją miotłę…
Nawet Huncwoci zabarykadowali się w swoim dormitorium i pogrążyli w objęciach Morfeusza.
Błogą ciszę przerwał głośny krzyk. Nie ustawał, rósł w siłę. Uczniowie, nauczyciele, personel, wszyscy zerwali się na równe nogi. Niektórzy podbiegali do okien, inni opuszczali w pośpiechu swoje pokoje.
A krzyk… Nie ustawał.
James Potter otworzył okno i wystawił głowę.
-Co się dzieje? – spytał zaspany Glizdogon.
-Coś jest nie tak. Głos dochodzi z Zakazanego Lasu.
-Kto o tej godzinie zapuszcza się w te strony? – Syriusz Black zarzucił szlafrok, ochlapał twarz wodą z dzbanka i podszedł do przyjaciół.
-My…
-I ktoś jeszcze. – pisnął Peter.
-A nam ucieka zabawa! – zawołał z niesmakiem Potter – Ktoś nam zabiera show!
-Przestań. – syknął Remus Lupin – Patrzcie.
Na dole zamigotały światła pochodni. Nauczyciele.
-Profesor McGonagall, co się dzieje?! – wydarł się James. Wicedyrektorka podniosła głowę i odkrzyknęła.
-Szlaban, Potter! Marsz do łóżek!
Krzyk z Lasu ustał. Nagle, tak samo niespodziewanie jak się pojawił. Zapadła cisza, którą przerywały głośne skoki biegnącego w stronę zamku Hagrida.
-Pani psor, - wysapał pół-olbrzym – mamy problem.
-Sprawdziłeś, co się dzieje? – spytała surowo McGonagall.
-Ma się rozumieć! Cholibka, czegoś takiego tom jeszcze nie widział.
-Ale…
-Krwi pełno, ale ta, co się darła, zniknęła. Wygląda na porachunki uczniowskie, cholibka, co się dzieje z dzieciakami!
-Porachunki?
-Taa…
-Skąd ta pewność, Hagridzie? – dało się słyszeć nowy głos. Profesora Dumbledore’a.
-A bo to znalazłem. – po szeleście Huncwoci wywnioskowali, że gajowy wręczył coś dyrektorowi. Jednak w ciemności nie udało im się dostrzec nawet zarysu tej rzeczy.
-Minerwo, idź, proszę, szybko do Pokoju Wspólnego Gryfonów, Hagridzie, poproś opiekunów pozostałych domów o sprawdzenie listy uczniów. Ta walka miała miejsce pod dębem rozpaczy?
-Tak, psorze.

-Co się dzieje?
-Nie wiem, Peter. – otworzyli drzwi od dormitorium i zeszli na dół. Cały Gryffindor zgromadził się w jednym pomieszczeniu. Było ciasno, niewygodnie, do tego dochodzili wystraszeni pierwszoroczni, którzy za wszelką cenę chcieli być jak najbliżej starszych uczniów i przy okazji swoimi zamysłami wywoływali olbrzymie zamieszanie.
-SPOKÓJ! – ryknął Remus. Wszyscy zamilkli i odwrócili się ku niepozornemu, zaniedbanemu chłopakowi, który do szlafroka przypiął sobie odznakę prefekta.
Syriusz prychnął cicho.
-Rządzisz. – rzucił. Ruszył by pocieszać Claudię Stramflied i grono jej koleżanek. Po chwili dało się słyszeć w tego kąta Pokoju Wspólnego głośne cmokanie.
-Gdzie Rilla? – spytał Peter, trzymając się rąbka szlafroka Remusa.
-Nie wiem. Pewnie gdzieś stoi.
-Ej, Evans! – powrócił już dawny Potter. Najwyraźniej nie wytrzymał kwestii czasu – Nie bój się, obronię cię! Ja James Waleczny! – poleciał do skonsternowanej Lily.

Przez przejście przeskoczyła profesor McGonagall z bardzo długą listą.
-Pani profesor, co się dzieje? – zawołała Evanna Fletcher.
-Może wy mi odpowiecie. Które z was pojedynkowało się przed kilkoma minutami? – wicedyrektorka poprawiła okulary i przeszła wzdłuż Pokoju Wspólnego i zasiadła dla przygotowanym dla niej fotelu.
-Tym razem to nie ja!
-Potter, nie rób z siebie idioty.
-Chodziło mi bardziej o uczennicę, poza tym, Potter, spałeś w najlepsze w łóżeczku. – odrzekła McGonagall – Proszę się przyznać, wtedy kara będzie łagodniejsza.
-A skąd podejrzenie, że to akurat Gryfonka? – spytał Justin Abenvielft.
-Bo mamy… to… - nauczycielka uniosła do góry strzępek szaty z wyhaftowanym lwem -…i…to. – pokazała dużą, niemodną już broszkę – Proszę się przyznać od razu.
-Rilli nigdzie nie ma. – Peter podniósł rękę i zbliżył się małymi kroczkami do McGonagall.
-Szaa… - syknął James, ale wszyscy obecni usłyszeli małego, otyłego Gryfona, który najwyraźniej dbał tylko o swój interes i o to, aby jak najszybciej móc znaleźć się z powrotem w ciepłym łóżku, przy paczce pierniczków od babci.
-Panna Whiteflower wyjechała na prośbę matki na kilka dni. Jej babcia jest chora.
-Jak to? – wykrzyknął Syriusz i zrzucił z kolan Claudię, która nie śmiała nawet zaprotestować – Babcię, pani profesor?
-Black, umyj uszy. Babcię.
-Ale… Jej babcia nie żyje.
Profesor McGonagall głośno przełknęła ślinę.
-Jesteś pewien?
-Tak. Byłem nawet przy jej grobie. Razem z Rillą, w te wakacje.
-W takim razie… - zaczęła powoli wicedyrektorka – list musiał być… Na Merlina… Zostańcie tu, nie rozrabiajcie! – krzyknęła do swoich podopiecznych, po czym wybiegła z Pokoju Wspólnego.
Syriusz kiwnął głową do Jamesa, który, ciągnąc za sobą Petera i Remusa, podążył za nim do dormitorium chłopców.
-Musimy działać! Co to może być?! – spytał z gniewem Potter.
Black milczał. On wiedział. Ślizgoni, może do tego jeszcze ktoś nowy. Oni nie odpuszczają, nie pozwolą sobie wyrwać z rąk pionka, jakim była Rilla. Mógł działać inaczej… Teraz groziło jej niebezpieczeństwo. Krzyk… Co oni jej zrobili?! Nie chciała się poddać? Gdzie teraz jest? Czy jest cała? Czy bardzo cierpi?
Musiał działać. Nie mógł siedzieć bezczynnie. Jako animag miał duże szanse na wymknięcie się z zamku, ale na przeszpiegi należałoby wysłać Petera. Szczur wlezie wszędzie. Ale przed chwilą zachował się niepoważnie, można wręcz powiedzieć, że zdradziecko.
-Syriusz! Ziemia do Syriusza! – James zamachał mu ręką przed oczami. Czy można go wtajemniczyć w sytuację? Czy zrozumie…? Raczej nie. Nienawidził Ślizgonów i gardził każdym, kto kiedykolwiek się z nimi zadał.
-Muszę wyjść. – rzucił pan Black z wyraźną chrypką.
-Dokąd?
-Do Claudii. – skłamał.
-Łapa! W tej chwili myślisz o tej… tej…
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
-I co teraz? Dokąd iść? – szepnął sam do siebie.
***
-Czemu już nie chcesz? – spytał od niechcenia Fenrir Greyback, przechadzając się po małym pokoiku, w którym znajdowały się jedynie krzesło i łóżko.
-Bo nie jesteś moją mamusią. – rzuciła ze wściekłością Rilla. Przegrała pojedynek. Klęczała na podłodze i próbowała jakimiś szmatami zatamować krwawienie bardzo głębokiej rany tuż przy samej szyi. Nie wiedziała, w jaki sposób się jej nabawiła, musiała stracić przytomność.
-Nie chce mi się ciebie krzywdzić. Ale… jeśli nie będziesz chciała współpracować, to zobaczysz, czym jest prawdziwy ból i będziesz płaszczyć się przede mną, błagając o to, abym cię dobił.
-Czego chcesz? – załkała, gdy wytrącił jej przygotowany opatrunek z ręki.
-Lojalności. Wyciągnij rękę. – rozkazał. Nie posłuchała. Dostała w twarz. Jęknęła z bólu. Jej kość policzkowa musiała być teraz w tragicznym stanie – Wyciągnij. – opierała się dalej – Kiedyś miałaś jakieś aspiracje… Nie chciałaś być marną szlamą.
-Nie jestem! A wy czego oczekujecie? Że będę waszą donosicielką?
-Tak. – syknął Greyback. Skoro sama nie chciała, sięgnął do jej rękę. Do delikatnej dziewczęcej skóry przystawił swój pazur, umoczony w jakiejś zielonej substancji.
-Zostaw mnie, błagam! – zaszlochała. Nie miała już siły, by walczyć. Pojedynek w Zakazanym Lesie o mało jej nie zabił.
-Nie. – odparł spokojnie i wbił szpon w jej przedramię. Powoli wyrywał znak, przecinając skórę. Krew intensywnie kapała na posadzkę.
Kiedy skończył, podniósł Rillę i rzucił ją na łóżko.
-Śpij. – przystawił krzesło bliżej, zasiadł na nim, obserwując każdy ruch dziewczyny.
Świeże rany nie pozwoliły jej na zmrużenie oka. Po chwili pościel nasiąkła krwią.
-Opatrunek? – spytała z nadzieją w głosie. Wilkołak wybuchnął obrzydliwym śmiechem, który przyprawiał o dreszcze.
-Nie będzie ci potrzebny. – wstał ze swojego siedziska i opuścił pomieszczenie. Już nie wrócił. Nie musiał.
Nie miała siły na ucieczkę, utrata ogromnej ilości krwi ją osłabiła. Podniosła głowę, by spojrzeć na znak. Otarła przedramię z krwi.
Miecz, odwrócona litera P, klucz oparty o drzewo wisielca zamknięte w kole.
-Walka, odwrócenie od prawdy, służba by… - szeptała cichutko dziewczyna. Nie dokończyła, zemdlała.
***
Kolejny dzień. Obudziła się w zupełnie innym miejscu. Na czymś, co przypominało ołtarz ofiarny, w dużej kamiennej komnacie.
-Już, już, kochanie. – powiedziała stara czarownica. Ale nie do niej – Twoja dama zaraz będzie czuć się jak nowonarodzona.
-Nie gadaj, tylko lecz. – nakazał znudzony głos. Ktoś się zbliżył i położył rękę na czole Rilli – Już dobrze. – szepnął jej do ucha. To był mężczyzna, może chłopak. Nie była w stanie wytężyć wzroku na tyle, by go zobaczyć.
-Paniczu, kto ją tak urządził?
-Greyback.
-Ten bydlak? – krzyknęła z przejęciem kobieta – Za co?
-Nie chciała służyć w imię Czarnego Pana. Spotkała ją odpowiednia kara. Choć Czarny Pan uznał, że należy przekazać jej pewne nowe, niezbędne jego zdaniem, umiejętności.
-Paniczu Rosier, ale on tutaj nie przyjdzie? – szepnęła przerażona kobieta.



komentarze [37]

8.Totalna porażka. >> środa, 26 września 2007 15:48:19


> Jakaś niewyżyta ta notka, mówię od razu.
Nie wiem jakim cudem taki szajs mi wyszedł.
Zrobiło się łzawo i romantycznie…
Ale z przymrużeniem oka.
A zresztą… co ja będę gadać – same oceńcie.

Dedykacja dla:mojego szczura.

-Mrrr… Moja głowa. – jęknął głośno Remus, kiedy James siłą wyciągnął go z łóżka – Spać! Zostaw mnie, Timothy…
-James, głuptasie! – ryknął mu do ucha Potter. Remus natychmiast otworzył oczy i rozejrzał się z niepokojem po dormitorium – Chłopie, wyglądasz tak, jakbyś od co najmniej miesiąca żył na Ognistej… - zacmokał.
-Myślałem. – burknął obrażony Lupin. Prefekt na kacu? Nonsens.
-Zgadza się. – Syriusz przestał okupywać łazienkę. Wyszedł z niej z szelmowskim uśmiechem. Kosmyki jego czarnych włosów swobodnie opadały mu na twarz – Rilla prawda? – zmierzył Remusa spojrzeniem – Nie spałeś do świtu, nie słyszałem twojego radosnego pomrukiwania przez sen.
-Wzięło cię? – zawołał podniecony James. Z przejęciem przetarł swoje okulary, umieścił je z powrotem na dużym nosie i zapałem wytrzeszczał czekoladowe ślepia.
-Może tak, może nie. – rzekł gardłowym głosem Remus. Wzruszył ramionami, ale od razu było widać (w tym przypadku nawet wielbicielki pana Syriusza Blacka, jego zdolności i urody, dostrzegłyby to, przerywając na chwilę plotkowanie na temat związku profesor McGonagall z tajemniczym właścicielem baru „Pod strzałą centaura” w Hogsmeade), że mu zależy.
-Moja krew! – ryknął James. Peter i Syriusz zarechotali i przybili sobie piątkę – Musimy to oblać!
-Najpierw szkoła. – mruknął Remus. Na jego zmizerniałej twarzy pojawił się delikatny uśmiech – Ale nie wiem, co robić.
-Mów. – zażądał Syriusz i z ojcowską miną usiadł tuż obok Luniaczka.
-Bo… Ona nie wie, że ja… W pełnię…
-Jest naszą przyjaciółką, więc może wiedzieć. – odezwał się Peter. Swoje wodniste oczka wlepił w Syriusza, niepodważalny autorytet w każdej sprawie, który z miną dobrodusznego pastora, pokiwał ochoczo głową.
-Glizdogon ma rację, Remusie. I jeśli ona czuje to samo, nie puści pary z ust.
-A jeśli uzna, że jestem potworem? – zmartwił się Lupin. Spuścił wzrok z miną zbitego psa.
-Rilla to Rilla. – rzekł Potter, jakby to o wszystkim przesądzało – Moje kochanie jest łagodne jak baranek i wyrozumiałe. A jak coś, to spiorę jej tyłek.
-Twoje kochanie. – prychnął Remus – A czy ona…
-Nie, nie kocha się w Jamesie. – powiedział szybko Syriusz – Ale… Wstrzymaj się jeszcze kilka dni. Dla pewności przeprowadzę z nią malutki wywiadzik środowiskowy na twój temat.
***
-Rillo, mogłabyś mi podać chleb? – poprosiła roześmiana Lily Evans. Rilla ziewnęła potężnie i posłusznie wręczyła dziewczynie koszyk z pieczywem – Och, jeszcze ciepły!
-Szklanka Ognistej Whiskey przed spaniem świetnie na ciebie działa. – mruknęła Rilla. Kątem oka zobaczyła jak ścigająca Gryffindoru, Angelina Spensser* z siódmej klasy kłóci się z bardzo przystojnym Ślizgonem, Michaelem.
„Śliczna para.” – pomyślała z rozmarzeniem – „Takie przekomarzania często kończą się małżeństwem”.
-Eh, raz na jakiś czas – Lilyanne puściła oko do Rilli – na pewno mi nie zaszkodzi. Niesamowicie rozgrzewa. Ciekawe, czy będziemy mieć aż tak denny plan lekcji jak w tamtym roku! Jak myślisz?
-Sądzę… - urwała, bo do Wielkiej Sali wkroczyli James, Peter i ten straszliwy… Syriusz Black. Ponownie przyszła kolej na odstawianie prawdziwej komedii – O nie… - ręka Lily natychmiast wylądowała na ramieniu Rilli.
-Patrz mu prosto w oczy, normalnie się przywitaj. Ja specjalnie postaram się odciągnąć Pottera… - szeptała szybko Evans. Czyżby miała jednak jakieś pojęcie o świecie? Rilla stłumiła złośliwy uśmieszek.
-A co z Peterem?
-Pettigrew ma rozum, może mały, ale nie będzie chciał wtykać palca w mrowisko. Zajmie się swoim talerzem. Wyprostuj się, uśmiechnij i do dzieła! – Huncwoci zajęli miejsca naprzeciw dziewczyn.
-Dzień dobry. – przywitała się Rilla. Siedziała na nieszczęście vis a vis Blacka. Kopnął ją w łydkę, dając do zrozumienia, że powinna trochę spuścić z tonu i być mniej sztywna.
-Cześć, obrażalska!
-James, - odezwała się Lilyanne. Potter o mało nie zleciał z ławy i z przerażeniem spoglądał, co się stało z jego Lilunią. Jeden dzień i już go chce? – podobno twój kuzyn, Edgar…
-Tak, został mianowany na Dyrektora Departamentu Przestrzegania Prawa.
-Mam nadzieję, że ty również zajdziesz tak daleko. – Lily nachyliła się lekko w stronę Pottera, który rozdziawił japę – Masz do tego… pewne predyspozycje…
-Syriuszu, czy podałbyś mi dwa plasterki sera żółtego? – spytała ozięble Rilla.
-Oczywiście. Proszę.
-Dziękuję. – Rilla dostrzegła, że Lily zezuje, aby zobaczyć, jak sobie radzi – A gdzie Remus?
-Rozmawia z profesor McGonagall. Za chwilkę do nas dołączy. Ostatnio często o niego wypytujesz. – Syriusz nadepnął jej na nogę tak mocno, że kilkanaście razy zamrugała płaczliwie oczami. Twarz Rilli zarumieniła się z bólu. Evans, tak jak inni obserwatorzy tej scenki, uznała, że to rumieniec, wywołany widokiem i rozmową z ukochaną osobą.
-Och, Remus to mój przyjaciel.
-Dobrze, bo już byłem zazdrosny, Whiteflower.
-Niemożliwe! – zawołała głośno. Lily nie przerywała rozmowy z Potterem na temat Quidditcha – Zmień ten temat. – syknęła dziewczyna.
-… Nie lubię tej gry, Potter. Ty i twoi kumple latacie na tych swoich wypasionych miotełkach, jakby to był sens waszego życia! A to zwykłe mordobicie na wysokościach!…
-Ona już nas nie słucha. – wymruczał Black – Powiedz, co naprawdę sądzisz o Remusie.
-A co ci do tego?
-Coś. Chcę wiedzieć.
-Jest moim przyjacielem…
-Nic więcej?
-Black, uwierz, ja nie ślinię się do całej męskiej populacji!
-Sza! Nie chodzi mi o…
-Remusa kocham jak brata. Jest taki dobry…
-To on cię nie pociąga? – łypnął Syriusz.
-CO?!
-Chodź. – wskazał głową na drzwi. Wstali i, idąc po przeciwnych stronach stołu, skierowali się do wyjścia.
-Ej, Rilla! – zatrzymała się pełna złych przeczuć. Tylko nie on. Nie w tej chwili, do diaska! Syriusz przeskoczył przez niczym niezastawiony fragment stołu i znalazł się tuż obok niej.
-Spadaj, Rosier! – zawarczał, napinając mięśnie. Odruchowo objął Rillę ramieniem.
-Trzymaj łapy z daleka! – zawołał Evan. Wszyscy uczniowie obecni w sali zamilkli i odwrócili głowy w stronę dwójki Gryfonów i Ślizgona. Przy stole nauczycielskim profesor Slughorn, jedyny obecny nauczyciel, pochrapywał głośno – Chcę porozmawiać z nią, a nie z tobą, Black. – na jego twarzy wstręt mieszał się z nienawiścią.
-Rilla nie będzie miała nic przeciwko, jeśli trochę posłucham. – Syriusz przytulił ją jeszcze mocniej – Mów czego chcesz i spadaj!
-Black, ogłady! Rillo, co z twoim gustem? Swoich przyjaciół z zaszlamionego Gryffindoru wybierałaś po ciemku?
-Stul dziób! Nie nazywaj jej szla…
-Nie, Black. – Rosier zaśmiał się chłodno – Ona nie jest szlamą, nie ją miałem na myśli. Dla nas jest jak najbardziej czysto krwista, więc się nie podniecaj. Do naszego grona, Ślizgonów, została przyjęta na równych warunkach. Cały Slytherin potwierdzi czystość jej krwi. Chodziło mi raczej o Felding, Scure, Mulder… Szlamowatość określamy wnioskując z uczynków.
-Do rzeczy! – zażądał Syriusz.
-Rillo, czy nie chciałabyś wybrać się ze mną do Hogsmeade? W ramach rekompensaty za odwołany tygodniowy pobyt w moim domu?
-Nie pójdzie. – Syriusz przycisnął Rillę jeszcze mocniej, gruchocząc jej żebra. Po jego lewej stronie stanął James Potter, który zauważył, że czas na wsparcie przyjaciół. Na jego twarzy zagościła mina numer 99, czyli: „jeśli wykonasz krok do nas, zostanie z ciebie krwawa miazga”.
-Jesteś jej ojcem, Black?
-Co tu się dzieje? – do Wielkiej Sali wpadła profesor McGonagall. Tuż za nią włóczył nogami Remus, był w ogóle niezauważalny. Pochylony, wychudzony… - Potter, Black, Rosier, Whiteflower! Już chcecie myć w kuchni gary? – zawołała z oburzeniem.
-To mała wymiana zdań. – James starał się zbagatelizować sprawę – Wie pani, pani profesor, ta dzisiejsza młodzież… Dzieci kwiaty… Ma pani, pani profesor bardzo stylowe nakrycie głowy. Och, ile by dała moja mama za taką tiarę! Czyżby to była francuska robota?
-Potter, cicho! – zniecierpliwiła się McGonagall – Rozejść się.
-Tylko skończymy. – Rosier miażdżył spojrzeniem szyję Syriusza – Chcę tylko usłyszeć odpowiedź na swoje pytanie. Rillo, pójdziesz ze mną, czy nie?
-Ja…
-Nie pójdzie. Już mówiłem! – zawołał rozwścieczony Syriusz. Lupin stanął ja jego plecami. Nadal nikt nie zwrócił uwagi na jego obecność.
-A czemu?
-Miało być jedno pytanie, panie Rosier. – zauważyła McGonagall. Zareagowałaby gwałtowniej na taką publiczną kłótnię, ale sama była zdziwiona cóż się mogło stać.
-Temu, że idzie ze mną. – oznajmił zwycięsko Black – Kapujesz? Spadaj, frajerze! Rilka, idziemy!
Plask.
Drżąca dłoń Remusa Lupina wylądowała na policzku Syriusza Blacka. Swojego przyjaciela, druha, doradcy. Gapie nie wiedzieli, w którą stronę patrzeć. Zapanowała kompletna dezorientacja. Rozłam wśród Huncwotów?!
Syriusz Black plus Rilla Whiteflower?! Syriusz Black kłócący się o Rillę Whiteflower z Evanem Rosierem? Dobroć wicedyrektorki? Lupin uderzający drugiego Huncwota?
-Świnia! – ryknął Remus, waląc Syriusza w ramię.
-I dobrze. – prychnął Black – Rillo, idziemy.
-Nienawidzę cię! Ona?! Przeklęty! Nie uszanujesz nic! – wołał za nimi zrozpaczony Remus. Rilla usłyszała, jak Syriusz głośno przełyka ślinę.
-Na szlaban przyjdę jutro o dwunastej. – powiedział do McGonagall, która stała w bezruchu. James przytrzymał wreszcie Remusa.
-Czy on? – spytała cichutko Rilla, gdy drzwi zamknęły się za ich plecami – O Boże… - rozpłakała się.
-O tym chciałem pogadać.
-Po co mówiłeś? Czemu on tak to zrozumiał?! A jaśnie pan Black pozwolił mi dojść do słowa? Sama mogłam się bronić!
-Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. – powiedział głucho Syriusz – Już się tego nie cofnie.
-Ale… Remus! – zawołała oburzona Rilla.
-A moja reputacja? Teraz do Jamesa będą chodzić ślicznot…
-Black, to nie jest śmieszne. – uderzyła go pięścią w żebra. Nie zważając na ból, pogłaskał ją po głowie – Co ty myślałeś? Że odwalą się ode mnie raz na zawsze?! Jesteś aż tak naiwny?! Teraz nawet plan z Lily poszedł w cholerę! A Remus…
-Co Remus? – spytał zirytowany Syriusz, odpychając dziewczynę do tyłu – Chciałabyś z nim być, chodzić za łapkę, przesiadywać godzinami w bibliotece?! Przejdzie mu. Musi pogodzić się ze swoim losem! – zawołał z pasją. Uderzył z całych sił butem w ścianę – Taki los… Potrafiłabyś go okłamać?
-Być może byłoby nam dobrze!
-Już ci wierzę! Kilka minut temu mówiłaś, że kochasz go jak brata. I co się do cholery przejmujesz?! To na mnie spadła cała odpowiedzialność! Nie dał mi się wytłumaczyć, tylko trzasnął! To ja go namawiałem, aby ci powiedział, co czuje! To ja obiecywałem z tobą pogadać! To ja przy około dwustu uczniach powiedziałem, że jestem z tobą! Wszyscy to tak zrozumieli, kretyni! A ty? On zapomni! – głos Syriusza nagle się załamał. Po policzkach spłynęły mu pierwsze łzy – To mój przyjaciel, nie jakaś zabawka! Ty nic nie rozumiesz. Czy w ogóle coś czujesz? Jesteś taka zimna… Zimna jak lód! W życiu nie pokochałabyś wilkołaka!
-Co? Rem… - Syriusz wykonał kilka kroków w jej stronę.
-Nie pokochałabyś go. – Rilla próbowała coś powiedzieć, ale jego wargi dotknęły jej ust. Po plecach dziewczyny przeszły ciarki, skuliła się. Syriusz natychmiast otrzeźwiał. Nim przeszedł do rzeczy, odepchnął ją – Ty nie rozumiesz nic. – uderzyła w ścianę i zjechała powoli na podłogę z wisielczą miną – Lód. – jego łzy kapały na kamienną posadzkę jeszcze intensywniej niż dotychczas – Tak jak ja. – Rilla zaszlochała głośno – Biedny Remus! Jacy my jesteśmy głupi! Zostaw mnie, zostaw… mnie w spokoju! – zawołał. Wbiegł po schodach na pierwsze piętro, ale po chwili wrócił.
-Co tu robisz? – spytała. Bez słowa podniósł ją z podłogi – Przecież odszedłeś…
-James i Peter staną po stronie Remusa. Mamy jedynie siebie. Musimy to odkręcić.
-Jak?
-Włamać się do gabinetu wicedyrektorki. Byle szybko!
-Mogłeś mówić tak od razu!

*postać z bloga Angie -> . W oryginale Angelina ma piętnaście lat, ale postanowiłam dodać jej kilka latek, za co, mam nadzieję, autorka jej przygód się nie gniewa. Będzie dość ważną postacią ;).

komentarze [45]

Informacja >> niedziela, 16 września 2007 12:59:52


> EDIT!
Już wszystko ok. Żyję ;).
K.

Eheemm...
Uwaga! Uwaga!
Nasza droga Kamilka (autorka tego bloga) poprosiła mnie, abym tu zajrzała i przekazała Wam smutną wiadomość.
Biedaczynka ma potrzaskaną prawą rękę po wypadku motocyklowym, niestety. Nic poważniejszego jej dzięki Bogu nie jest, ale jako że jest praworęczna, przez kilka dni nie będzie zaglądać na swojego bloga, bo to nie ma najmniejszego sensu.
Pewnie wielu(e) spyta, jak to się stało.
Zostałam upoważniona do wyjawnienia tej informacji ;).
Przez głupiego Macho, który chciał zainponować jej na randce. Zaprosił na krótką przejażdżkę, nie mówiąc, że nie umie nawet odpowiednio wyhamować na swej maszynie.
Ale nie martwcie się, drogie panie ;).
Pętak leży ze złamaną szczęką.

No. Byłoby na tyle ;).
Pozdrawiam od siebie i od Kamili,
Panna Emigrantka.
komentarze [14]

7. Kremowe piwo >> czwartek, 30 sierpnia 2007 12:28:52


> Chcieliście długo? Macie potężną notkę ;d. Napisałam ją jeszcze przed swoim wyjazdem na wakacje. Jak zawsze jest wyjątkowo beznadziejna, ale to szczególik :D.
Ponownie dziękuję za ponowne 32 komentarze :D.
O notce informuję tylko tych, którzy ZAZNACZYLI, że chcą być informowani i przy okazji skomentowali poprzednią notę.
Dedykacja dla:Panny Emigrantki.

31 sierpnia 1974 r.

Z nowego dziennika panny Rilli Whiteflower, zakupionego dnia 30 sierpnia 1974 r. przez jej rodzicielkę w mugolskim sklepie papierniczym przy Gloucester Road.

Szkoła, szkoła, szkoła. Dobre się skończyło. Wakacje umknęły mi tak szybko. Cały lipiec spędziłam z Syriuszem Blackiem, którego naprawdę polubiłam. Co prawda uwielbiamy sobie dogryzać, ale to drobniutki szczególik. Rozśmiesza mnie i jednocześnie coraz bardziej przeraża. Pierwsza część sierpnia była okropna. Pogoda się załamała, nie wyściubiałam praktycznie nosa z domu. Siedzenie z Emmą było tragiczne, ten dzieciak ciągle biega, szarpie mnie, podskakuje w rytm piosenek Abby *, której osobiście nie znoszę. Mama pracowała jeszcze więcej, abym miała za co kupić sobie podręczniki, składniki do eliksirów, nową szatę (urosłam trzy cale!). W Londynie pojawił się Remus, biedny wyglądał tak, jakby wakacje mu nie służyły. Przeraźliwie blady, zblazowany, niechętny do rozmowy. Kilka razy udaliśmy się do Dziurawego Kotła na kremowe piwo. Martwię się o niego. Wiele razy chciałam już się spytać, co się dzieje, czy nie potrzebuje pomocy, ale zawsze powstrzymywałam się w ostatniej chwili. Nie chcę wyjść na wścibską, wprawiać go w niepotrzebne zmieszanie. Może jest chory na coś poważnego i nie chce litości? A może tylko mi się zdaje i wszystko jest w porządku? Tak czy inaczej, nie chcę tracić przyjaciela, z którym zawsze w deszczowe dni mogę udać się na spacer po Pokątnej. Wydoroślał, chyba jeszcze bardziej spoważniał. I najważniejsze – naczytał się jeszcze większej ilości książek (nie wiem, jak mu się to w głowie mieści) i wprawia mnie ciągle (nieświadomie) w zmieszanie, wywołane moją cudną ignorancją. Ja też lubię czytać, ale coś bardziej ludzkiego, weselszego. Opasłe, nudne tomiska nie są moim marzeniem.
Evans, Lily Evans. Zastanawiam się, co z nią zrobić. Nienawidzi mnie, wiem o tym doskonale, ale muszę jakoś ją do siebie przekonać. Kosz czekoladowych żab chyba nie wystarczy. Muszę wykazać się moimi umiejętnościami aktorskimi, zrobić wielkie zamieszanie, pokazać, że tak naprawdę jestem do niej bardzo podobna. Najprawdopodobniej od razu mi się nie uda, ale muszę pokazać Syriuszkowi, że się staram.
Ślizgoni dali spokój. I dobrze.


1 września 1974 r.
-Rilla! – usłyszała za sobą cztery głosy. Przekroczyła już magiczną barierkę, dostając się tym samym na peron numer 9 i ¾ . Odwróciła się. Huncwoci z powrotem byli w komplecie i sprawiali wrażenie bardzo z siebie zadowolonych. Wiele dziewcząt nie odrywało już od nich wzroku.
-Cześć. – mruknęła. James podbiegł do niej jako pierwszy.
-Ale urosłaś! – zawołał z uznaniem. Uścisnął ją mocno, unosząc pół stopy nad ziemią – Jak wakacje?
-Trochę nudno, ale w porządku. Zamierzasz zostać koszykarzem? – spytała, unosząc głowę wysoko do góry.
-Eee… A co to jest?
-Nieważne. – machnęła ręką. Teraz uściskali ją Remus i Peter. Na koniec podszedł Syriusz.
-Cześć, urwisie. – poczochrał jej włosy, oglądając się ukradkiem za Krukonką z siódmej klasy.
-Czołem! Pomożesz mi, prawda? – spytała z zadziornym uśmiechem. Syriusz zrobił popisową minę numer 134243 (czyli: „no nie wiem, hm… skoro bardzo tego chcesz, to zgoda, ale nie jestem do końca przekonany”), której zazwyczaj używał, gdy jakaś dziewczyna proponowała mu randkę.
-W czym?
-W tym, aby Evans się do mnie przekonała. – mruknęła cicho, by James i spółka tego nie usłyszała – Mam pomysł, ale potrzebuję wykonawcy.
-Zgoda. O co chodzi?
-Najpierw wnieś nasze bagaże do pociągu.
-Robisz się bezczelna. – pokiwał głową Syriusz. Od razu widać było, że go rozbawiła.
***
Pięć minut później.
-BLACK, CO TY WYPRAWIASZ?! OBIŁO CI?! JAK MOŻESZ, POTWORZE! – darła się Rilla. Wraz z Syriuszem zatarasowała przejście. W korytarzyku zrobił się spory korek.
-Przepraszam, przepraszam. Jestem prefektem, przepuśćcie mnie! – usłyszeli znajomy głos. Syriusz mrugnął dyskretnie do Rilli. Pojawiła się Lily Evans z szopą rudych włosów na głowie.
„Rybka złapała haczyk” - pomyślała panna Whiteflower i kontynuowała.
-TEGO SIĘ PO TOBIE NIE SPODZIEWAŁAM! JAK MOŻNA TAK NISKO UPAŚĆ, BLACK?! TY DRANIU, DEBILU…
-Black, Whiteflower, co tu się dzieje? – spytała zdziwiona Lily. Kłótnia tych dwojga była dla niej nie lada zaskoczeniem. Pod nimi leżało dwóch drugorocznych Ślizgonów.
-Och, Lily, spytaj JEGO. – Rilla wskazała drżącym z udawanego gniewu palcem.
-Odwal się ode mnie, Whiteflower! Zawsze ładujesz się w nie swoje sprawy! – wykrzyknął Syriusz.
-JA?! A TWOIM ZDANIEM MAM SIĘ PRZYGLĄDAĆ, JAK ZNĘCASZ SIĘ NAD LUDŹMI ZA NIC?!
-SĄ ŚLIZGONAMI! – ryknął Black.
-JA CI NA TO NIE POZWOLĘ, ROZUMIESZ?! KANALIA! Accio bagaż! – Rilla machnęła różdżką, a jej kufer wyleciał z przedziału Huncwotów, w którym James, Remus i Peter siedzieli z pootwieranymi szeroko buziami. Poleciał prosto do pustego przepierzenia, które uprzednio wraz z Syriuszem przygotowała – SKORO CHCESZ WOJNĘ, BĘDZIESZ JĄ MIEĆ!
-WARIATKA! – wydarł się za nią Black – Będzie nam lepiej bez ciebie. – wszedł do swojego przedziału i zatrzasnął z całej siły drzwi, pozostawiając gapiów w niemym osłupieniu – Ona pomoże Jamesowi poderwać Lily. – szepnął do kompanów.
-Ruszać się, ruszać. Won z korytarza! – zawołała Lilyanne Evans, rozganiając uczniów. Sama zdziwiona machnęła różdżką, a jej bagaż podążył za nią. Zapukała do przedziału, w którym zniknęła Rilla – Można? – wsadziła do środka swoją rudą głowę. Panna Whiteflower schowała twarz w chusteczkę i zajęczała głośno.
-Proszę, wejdź, Lily.
„Po raz drugi odezwała się do mnie po imieniu”. – pomyślała Evans. Usiadła naprzeciwko Rilli.
-Nie łam się, to tylko głupi Black. – powiedziała.
-Ty nic nie rozumiesz…
***
-Podsumowując – Syriusz Black blokuje ci drogę do szczęścia? – spytała Lily, poklepując po plecach wypłakującą się w jej ramię Rillę.
-Można tak powiedzieć. Przepraszam… Za wszystko…
-Nie przepraszaj! – zawołała Evans z lekkim przerażeniem – To moja wina. Ale nie wiedziałam, że…
-Ja tylko chciałam być lubiana… Nikt mnie nie akceptował… Tylko te gamonie…
-Spokojnie, już dobrze. – panna Evans przygryzła wargę – Nie powinnam była cię tak oceniać. To nie twoja wina, że…
-Że o NIM bez przerwy myślę? Moja! O jejku, jaka ja głupia! Ale on zniewala…
-Rillo, rozumiem cię doskonale… Jest bardzo atrakcyjny, sama muszę przyznać.
-Też ci się podoba? – Rilla wytarła twarz z wymuszonych łez, ukrywając paskudny uśmieszek.
-Nie wiem. – szepnęła blada jak ściana Lily – Nie mam pojęcia, przyznam szczerze. Ale te jego wybryki… Nie, nie podoba mi się. – powiedziała mocnym, wyrazistym głosem – Obiecuję, że zrobię wszystko, by ci pomóc. Wszelkimi sposobami.
„Jaka ona jest… milutka”. – pomyślała, uśmiechając się słabo. Lily także wyszczerzyła do niej dość duże białe zęby.
-Poczekaj tu, przyniosę trochę melisy… Na uspokojenie. – Evans opuściła przedział.
Rilla przytupnęła kilkanaście razy obcasem. Z niecierpliwością, ale musiała być pewna, że Lily zdążyła już przejść do przednich przedziałów pociągu. Kiedy nadszedł w jej mniemaniu odpowiedni moment, wymknęła się szybko na korytarz.
Zapukała w drzwi prowadzące do przedziału Huncwotów. Otworzył je James Potter.
-RILLA! JESTEŚ NIESAMOWITA! – rozległ się ryk, a dziewczyna została wniesiona siłą do środka.
-Ciszej, bo plan pójdzie w diabli. – mruknęła, gdy James włożył już po trzy pocałunki na każdym z policzków dziewczyny i uścisnął ją z całych sił (wolała nie myśleć, co zostało z jej żeber) – Wpadłam tylko na chwilę. Bajeczka już sprzedana. – Black zachichotał nerwowo.
-I co ona na to?
-Że jej się nie podobasz. – Syriusz zmarszczył brew.
-Jej strata. – zabrał się za czytanie gazety.
-A co o mnie? – spytał James.
-Pogadam z nią, gdy przyniesie melisę. Na razie to misja zwiadowcza, więc nie spodziewaj się za wiele.
-I tak cię ubóstwiam i biję pokłony. – Potter ukłonił się wytwornie, wystawiając swój zadek na łaskę Syriusza, który postanowił nie tracić okazji i wycelował w niego idealnie swoim starannie wypolerowanym butem – Auu! Trochę ogłady, Łapo! Tu są damy!
-Ja jakoś widzę tylko jedną. – wtrącił Remus, przeglądając niedbale zdjęcia z wakacji Petera. Pettigrew rzecz jasna spał w najlepsze – Musisz zainwestować w nowe okulary, James.
-Może Ruda ci się odwidzi. – zarechotał Black. Puścił oko do Rilli – A ty, moja droga, mogłaś wymyśleć coś oryginalniejszego. – przewrócił oczami – Swatanie przez Evans to bardzo zły pomysł.
-Też mi się nie uśmiecha, ale tym razem NIE TY, tylko ROGACZ jest najważniejszy!
-Spokojnie, mała. Wracaj do przedziału, bo panna napuszona pewnie zaraz wróci.
***
-Patrz, już Hogwart! – Lily z dziecięcą radością potrząsnęła Rillą – Tak się cieszę! Kolejny rok nauki…
-Zawsze tak reagujesz? – spytała zdziwiona panna Whiteflower. Posłusznie spojrzała przez okno. Dojeżdżali już do Hogsmeade.
-To mój drugi dom! I nie ma mojej siostry…
-Tej całej Petuni, tak? Ona nie czaruje, prawda? – Rilla za wszelką cenę próbowała ukryć swoją pogardę. Pewne przyzwyczajenia nie ulegają od razu zmianie.
-Nie. Jest mugolem, tak jak moi rodzice. – powiedziała w zamyśleniu Lily – Ojciec i mama traktują mnie jak księżniczkę, ale Petunia jest wtedy w cieniu. Na nią się nie patrzy, ignoruje. Dlatego wolę przebywać tu, w szkole. Nie chcę, aby cierpiała, ustępuję. To moja siostra, do jedenastego roku życia byłyśmy sobie równe, lubiła mnie. Teraz wszystko się popsuło. – westchnęła. Widać było, że wcale nie ma takiego idealnego życia, jak myślała Rilla. Podchodziła jednak do życia łagodnie, z delikatnym uśmiechem, choć pokazywała wyraźnie, że nie da sobie w kaszę dmuchać. Bystra, odważna jak każdy Gryfon (pomijając Glizdogona), wyjątkowo zdolna i przy tym bardzo ładna. Zainteresowana nauką, a nie śliniącymi się do niej chłopcami, na czele których stał sam James Potter, szukający i od tego roku kapitan drużyny Quidditcha – A jak jest z tym u ciebie?
-Normalnie. – Rilla wzruszyła ramionami – Mam młodszą siostrę, która jeszcze niewiele rozumie. Jak coś się jej za kilka lat nie spodoba, przytemperuję ją w porę. Jestem pewna, że będzie magiczna! Na pewno! – zawołała żywiołowo.
-A twoi rodzice?
-Moja mama.
-Przepraszam. – pierwszy raz w życiu udało się jej doprowadzić Lilyanne Evans do stanu głębokiego zawstydzenia.
-Wysiadać! – zawołał jakiś prefekt naczelny. Podniosły się szybko, poprawiając szaty i wyszły na korytarz. Od razu porwała je fala uczniów.
Przed powozami Rilla złapała za rękaw Lily. Miała wrażenie, że Ruda zamierza uciec jak najdalej od niej, nie mogąc znieść takiej pomyłki, kompromitacji. Evans odwróciła głowę i utkwiła swoje zielone oczy w twarzy Rilli.
-Taty nie pamiętam tak dobrze, jakbym chciała. – wyznała szczerze brzydsza z dziewczyn – Poszedł do pracy na nocną zmianę i już nigdy nie wrócił. Mama później wyżywała się na mnie, czasami zdarzało się, że dostawałam lanie za nic. Nie winię jej, depresja, stres, wywalenie z pracy. Teraz jest już dobrze, choć ma w domu owoc kompletnie nieudanego związku z jakimś psychopatą. To moja siostra, Emma. A co do taty, – Rilla uśmiechnęła się, choć, dzięki umiejętnościom aktorskim, widać było nieskończenie wielki ból na jej twarzy – to ciągle widzę jego orzechowe oczy, takie radosne, tryskające energią. Chciałabym go jeszcze kiedyś spotkać. – dodała rozmarzonym głosem.
-Och, Rillo… - Lily ponownie ją objęła. Nie mogła nic więcej z siebie wydusić. Takie problemy, a ona myślała… Panna Whiteflower wiedziała, że wygrała. Wyciągnięciem zaledwie kilku faktów ze swojej przeszłości udało jej się złamać Evans.
Tak.
Tę Lily Evans. Tę, której tak bardzo nienawidziła. Teraz okazało się, że jest naiwna jak pięcioletnie dziecko.
-Był dobrym człowiekiem. Tylko los bywa okrutny. Babcia zawsze twierdziła, że on nie uciekł… Tylko, coś go zabrało… A te oczy… Tak samo piękne jak Jamesa Pottera. – rzuciła. Wsiadły do powozu w chwili, gdy obok przechodzili roześmiani Huncwoci, którzy zdążyli już wyciąć kilka numerów – Odwróć się i zobacz. Ej, Potter! – zawołała Rilla. James spojrzał prosto na nie.
Lily przedarła się przez czarną czuprynę, okrągłe okulary aż do jego oczu. Jęknęła cichutko. Były przepiękne.
-Co jest? – burknął.
-Black już się opamiętał?
-Absolutnie nie! – James odszedł. Po raz pierwszy od czwartej klasy bez zbędnych komentarzy.
-I jak? – spytała natarczywie Rilla. Powóz ruszył.
-To było… - Lily wyglądała na lekko otumanioną. Nie usłyszała żadnej głupiej zaczepki. Troszeczkę się zarumieniła – Nic specjalnego. – dodała, ale zupełnie nieprzekonująco. W takie banialuki mogłaby uwierzyć jedynie jakaś odmóżdżona dziewczyna Syriusza Blacka. Ale nie Rilla.
„Jeden do zera dla Pottera” – poczuła się usatysfakcjonowana. Ta gra zaczynała ją coraz bardziej wciągać. Nawet poczuła nić sympatii do Evans. Ale teraz wepchnięcie Lily w ramiona Jamesa było najważniejsze.
***
-Podobno już macie szlaban za zdemolowanie pokoju wspólnego Ślizgonów. – dziewczyna o miodowych włosach związanych w gruby warkocz wkroczyła do dormitorium chłopców z piątej klasy. Miała na sobie gruby wełniany szlafrok.
Huncwoci speszyli się na jej widok, co dotąd było bardzo rzadko spotykane. Glizdogon dał nura pod kołdrę, Potter założył górną część pidżamy, Syriusz zeskoczył z okna z zaczepną miną, a śpiewy Remusa Lupina zostały zagłuszone przez strumień wody w łazience.
-Co z wami?
-Jako przyjaciółka Lilusi musisz widzieć nas w jak najlepszym stanie. – obwieścił Syriusz, oglądając swój podbródek w lusterku – To rozporządzenie pana Jamesa Pottera, przyszłego dożywotniego Ministra Magii. Dla mnie też jest bez sensu. – dostrzegł jej kpiące spojrzenie – I tak znasz wszystkie kompromitujące nas fakty,
-Jakie wieści? – spytał James, mierzwiąc sobie czarne włosy – Po co wołałaś mnie przed ucztą?
-Aby Lily mogła zobaczyć twoje oczy. – trzy czwarte Huncwotów wydało z siebie okrzyki radości.
-Że co?!
-Podobały się jej. – Rilla bez większych ceregieli uwaliła się na łóżku Remusa.
-Nie gadaj…
-James królem jest! – zanucił Peter, wyskakując spod pierzyny i przybijając piątkę Potterowi.
-Szacunek, Rogaczu. – rzekł Syriusz, szczerząc zęby.
-Łapo, mordo ty moja!
-Musimy to oblać. – oznajmił Black – Chyba mamy jeszcze jakieś zapasy, prawda?
-Żadnego picia, do łóżek! – z łazienki wyłonił się Remus.
-Prefekcik.
-Uważaj, Potter, co mówisz! – Lupin pomachał ostrzegawczo palcem przed nosem Jamesa – Do łóżek! – powtórzył bardziej stanowczo.
-Rilli nie trzeba było zachęcać. – Syriusz z miną niewiniątka wskazał na powoli zasypiającą dziewczynę.
Remus spłonął jak piwonia. Szturchnął Rillę końcem różdżki.
-Co jest? Wywalacie mnie? – ziewnęła potężnie.
-Najwyższa pora, abyś wróciła do siebie, bo… - Rilli już nie było. Remus usiadł na łóżku z zakłopotaną miną.
-Jesteś tak romantyczny jak ten odrażający, niedomyty nietoperz, Smark! – huknął James – Wyczucia trochę!
-I kto to mówi! Dajcie mi butelkę kremowego piwa! Na romantyzm przyjdzie jeszcze czas…
-Przed chwilą kazałeś nam spać… - zauważył Syriusz, ale posłusznie z kufra cztery butelki – Panie prefekciku, nieładnie. – Remus tylko prychnął gniewnie. Porwał butelkę i pogrążył się w rozmyślaniach. Usnął dopiero koło czwartej rano.

*Akcja rozgrywa się w prawdziwych latach 70., gdy taka muzyka odnosiła sukcesy. I nikt tu nie wyciągnie nagle MP4. Mam nadzieję, że zachowanie autentyczności wam nie przeszkadza :).

komentarze [27]

6.Ziółka na uspokojenie >> środa, 15 sierpnia 2007 17:24:34


> Uau... Aż trzydzieści dwa komentarze. Pięknie dziękuję, mili państwo. Notkę dedykuję... Hm... No właśnie... Komu... Mmm... Oczywiście, że Angelinie, która dostarczyła mi kupy śmiechu ;]!!!
Zmieniłam całkowicie wygląd bloga. Zastąpiłam wszystko moją robotą, wyszło tak sobie. A Wy jak myślicie? Co poprawić?
Zaznaczam, że dziewczyna ze zdjęć miała nie być super-gorącą-laseczką, tylko zwykłą czarownicą, rozwijającą się bardziej intelektualnie.
Wyjeżdżam za trzy dni, 18 sierpnia lecę na tydzień do Bułgarii, a potem jeszcze do Ciechocinka. Oczywiście proszę o informacje o newsach na Waszych blogach, nadrobię zaległości, gdy tylko wrócę.
Teraz kilka słów o notce - niewątpliwie jest beznadziejna, aż nie mogę wyjść z podziwu, że taki badziew udało mi się napisać.
Ooo... A teraz coś bez sensu - właśnie widzę słowo "lepsza" napisane przez "rz". Mmm... Od razu przypomniały mi się takie urocze słówka jak "Rzyd", "Żymianin" xDxDxD. Piękna ortografia, prawda? Taaak, to przykłady z życia wzięte, niech żyje reforma edukacji! Powstanie gimnazjów!!! Masakra.
Coś jeszcze bardziej bez sensu - wyniki sondy, moi drodzy państwo.
***Wszyscy wstrzymują oddech i czekają z niecierpliwością na ten straszny moment. Uwaga, uwaga! Wdech, wydech, wdech...***

Na jaką ocenę zasługuje moje opowiadanie?
W (Wybitny) 85.71% głosów: 18
P (Powyżej Oczekiwań) 0% głosów: 0
Z (Zadowalający) 14.29% głosów: 3
N (Nędzny) 0% głosów: 0
O (Okropny) 0% głosów: 0
T (Troll) 0% głosów: 0
Oddano 21 głosów

I co ja mam Wam teraz powiedzieć?!?!?! ***Nic nie mówię, bo łkam cichutko ze szczęścia, że nie dostałam Trolla*** Dziękuję pięknie. Jesteście kochani :*:*:*! Po raz trzeci bez sensu - Pozdrawiam wszystkich Polaków!!!!! Ooo... I proszę o wpisywanie się do Księgi!!!!!! Zaznaczcie też, kto chce być informowany o newsach, aby nie było, że się narzucam, czy co. Dziękuję za wysłuchanie. To tylko mój wakacyjny schiz ;].
Zapraszam na notkę.
Smacznego!

~*~



07 lipca 1974 r.

Z tajnego dziennika panny Whiteflower, strzeżonego trzydziestoma siedmioma zaklęciami ochronnymi, aby żaden ohydny Huncwot nie wsadzał nosa w nieswoje sprawy; stworzonego po to, aby wyrazić swoje rozczarowanie światem, przedstawić daleko sięgające ambicje; podarowanego przez Remusa Lupina na Boże Narodzenie 72’.

Godzina: 18:52
Szczerze? Nie wiem, co ze sobą zrobić. Mam totalnie popsuty humor. Ale i tak jest o niebo lepiej niż rano.
Zaczynając jednak wszystko od początku…
Kiedy podnosiłam się o jedenastej, myślałam, że to koniec świata. Bo czy mogło być gorzej? Severus wpakował mnie w niezłe tarapaty. Nie napiszę, że nie jest mi przykro, bo byłoby to zwyczajne kłamstwo. Wszystko legło w gruzach, wciąż widziałam zasmuconą minę Syriusza. To dotknęło mnie chyba najboleśniej. Nie miał gniewu w oczach, żądzy mordu, tylko był zblazowany. Nawet teraz, gdy sobie o tym przypominam, przechodzi mi po plecach nieprzyjemny dreszcz…


***
-Zawiodłaś mnie, powtórzę to jeszcze raz. – mruknął Syriusz Black. Spojrzał ostro na Rillę, która siedziała w salonie na Grimmauld Place. Na stojącym obok zegarze wybiła szesnasta – Ale to także moja wina. Mogłem zareagować wcześniej. – skrzat domowy przyniósł srebrną tacę z herbatą.
-Jak to?
-Bo widzisz… Podczas rodzinnych awantur młodsze rodzeństwo zawsze wypapla każdą tajemnicę.
-Regulus?
-Tak, ale nie uwierzyłem mu. To było jeszcze w trzeciej klasie. Gdybym już wtedy przemówił ci do rozsądku… Muszę dowiedzieć się od ciebie tylko jednej rzeczy.
-Tak? – spytała z miną pątnicy. Syriusz uniósł brwi.
-Kogo wolisz? Mnie i Huncwotów, czy Regulusa, Smarka i moje dwie kuzyneczki? – Rilla zakrztusiła się herbatą. Zauważyła, że chłopak nerwowo stuka knykciami w obręcz fotela.
„Cholera.” – pomyślała. Ale była już przygotowana.
-Czekam… - przypomniał o swej obecności Syriusz.
-Oczywiście, że was. – powiedziała szybko.
-Jesteś pewna? – spojrzał jej w oczy.
-Chyba… Tak. Naprawdę jest mi przykro, że tak to się…
-Musiało się wydać. – zaśmiał się dziwnie Black – Nie myśl jednak, że teraz cię uściskam, pogłaszczę po główce.
-Głupia…
-Co?
-Zawsze mówiłeś, że jestem głupia. Teraz masz wystarczający dowód. – powiedziała, mrużąc oczy. Syriusz parsknął.
-Nie zmieniaj tematu. Tak łatwo ci się nie upiecze. Straciłem do ciebie zaufanie, wiedz o tym. Teraz proponuję popracowanie nad jego odzyskaniem. Na początek zajmiesz się Evans, jasne?
-Tak po prostu? – zdziwiła się. Była przygotowana raczej na wyrzuty. Tych jednak nie usłyszała.
-Tak, Whiteflower. Każdy ma prawo do błędu. Poza tym dokonując swojego wyboru, przypieczętowałaś pewne miłe zaklęcie, które gwarantuje twoją wierność Huncwotom.
-Urok?
-No pewnie. – uśmiechnął się paskudnie – Przecież nie jestem skończonym kretynem. Radzę więc mieć się na baczności.
-Co na mnie rzuciłeś? Przecież nie…
-Nie, obędzie się bez Przysięgi Wieczystej. Ale moje zaklęcie jest tylko trochę mniej paskudne.
-Dobrze to słyszeć. – prychnęła. Syriusz przekrzywił lekko głowę.
-Nikt cię nie zmuszał do zdrady…
-Ze Ślizgonami…
-Skumałaś się wcześniej, wiem. Ale ostatecznie wybrałaś nas.
-Jest jeszcze coś. – zaczęła nieporadnie.
-Słucham. – Black zrobił minę dyrektora banku, którego niespecjalnie spisujący się pracownik prosi o podwyżkę.
-A James, Remus i Peter? – wyrzuciła z siebie na jednym oddechu.
-Każdy ma jakieś tajemnice. My także będziemy mieć własną.
-Czyli nikomu nie powiesz? – spytała, woląc się na wszelki wypadek upewnić.
-Nikomu, jeśli nie popełnisz kolejnego głupstwa.
-Dzięki. – wymamrotała, myślami przenosząc się gdzieś daleko. Nie uszło to uwadze Syriusza, który był świetnym obserwatorem (zapewne przyczyniły się do tego dziewczyny, u których potrafił wyłowić już każdy choć cień uśmiechu skierowanego do niego).
-Coś jeszcze? – spytał trochę zdezorientowany.
-Trochę dziwnie się czuję. Tak jakoś… głupio. Nie wiem właściwie czemu… Miałam jedenaście lat, nie podobało mi się, że moja krew… - Rilla rozkleiła się od nadmiaru wrażeń. Syriusz podał jej chusteczkę. Otarła szybko łzy i dodała łamiącym się głosem – Ja… nie chciałam być gorsza…
-Spokojnie. – powiedział cicho. Wstał ze swojego fotela i kucnął tuż obok dziewczyny, unosząc głowę do góry – Niepotrzebnie się łamiesz. Było minęło, ten etap życia jest już zakończony. – poklepał ją przyjaźnie po kolanie.
„Nie, nie jest zakończony.” – pomyślała – „Naiwniak. Myśli, że ONI mi tak łatwo odpuszczą?”
Tak naprawdę nadal nie była całkowicie pewna, czego chce. Mogła w ogóle nie pojawiać się w domu Syriusza. Powinna najpierw napisać do swoich przyjaciół z Domu Węża, wyjaśnić, co się dzieje.
„Błagam, niech Narcyza się dowie. Ona zrozumie i ich uspokoi.” – rozpłakała się ponownie. Syriusz załamał tylko ręce – „W końcu kazała mi utrzymywać przyjazne relacje z Huncwotami. Ona sama…”
-Rilla, błagam. Nie rycz już! – zawołał przestraszony. Zupełnie nie wiedział, co ma robić. Pierwszy raz miał do czynienia z taką sytuacją. Nigdy żadna dziewczyna przy nim nie płakała.
-Przepraszam. – zawyła jeszcze głośniej. Próbowała wstać, ale Black delikatnie ją przytrzymał. Nieprzygotowana na taki krok, zahaczyła nogą o stolik na kawę. Jej filiżanka herbaty trafiła w kark Syriusza.
-To nic. – wystękał. Uciekł na swój fotel.
-Nic mi się nie udaje! Wszystko muszę zepsuć! – Rilla wpadła w histerię – Potłuc, popsuć, namieszać…
-Błagam, uspokój się. – Syriusz zaczął machać rękoma. Do pokoju wpadł wystraszony skrzat domowy.
-Coś nie tak, sir? – duszek zarył nosem w podłogę – Pozbyć się jej, sir?
-Prosiłbym o uspokojenie… – zaczął niezręcznie. Skrzat znikł w hukiem. Wrócił po chwili niosąc tacę z małym dzbanuszkiem z herbem Blacków i porcelanową filiżankę.
-Proszę wypić, panienko. – powiedział skrzat. Rilla wytarła oczy w wymiętoloną już chusteczkę i spojrzała na niego. Syriusz ledwo powstrzymał parsknięcie. Przypatrywała się jego staremu słudze Rożkowi, jak ogłupiał hipogryf, który przed chwilą dostał zaklęciem uspokajającym. Uśmiechnął się, zadowolony z siebie.
-A teraz… ty… ty… - Rilla wydała z siebie zduszony okrzyk – DRANIU! – słowa te skierowała nie do skrzata, tylko do Syriusza, który otworzył usta ze zdziwienia.
-Słucham? – wyjąknął. Poczuł, że dom rodziny Blacków zmienia się w oddział psychiatryczny w Mungu.
„Dobrze, że nie może czarować”. – pomyślał Syriusz, uspokajając się trochę.
-NASŁAŁEŚ NA MNIE SWOJEGO SKRZATA DOMOWEGO… ROZUMIESZ, SKRZATA!…
-Przyniósł ci ziółka na uspokojenie. – wtrącił, ale Rilla go nie słuchała.
-…CHCESZ MNIE OTRUĆ! – zakończyła w końcu zachrypnięta dziewczyna.
-Że co?! Zaczynasz mnie przerażać! Rożku, przynieś jeszcze jedną filiżankę. Otrujemy się razem. – zdezorientowany skrzat ustawił przed paniczem naczynie.
-Proszę, sir.
-Dziękuję. Zostaw nas samych. – Rożek zniknął, a Syriusz złapał zręcznie za dzbanuszek i napełnił do pełna obie filiżanki – Proszę. – jedną z nich wcisnął Rilli – Twoje zdrowie! – zawartość własnej wypił jednym duszkiem. Dziewczyna poszła w jego ślady – Jeszcze żyjemy.
-Ehe…
-Przerażasz mnie.
-Ty mnie też.
-Ja ci nie zarzucam próby morderstwa. – rzekł powoli Syriusz. Gniew Rilli zaczął powoli znikać, a jej oblicze rozjaśniało się.
-Poniosło mnie.
-W Mungu są podobno wolne miejsca.
-Znowu zaczynasz. – fuknęła Rilla – Już chyba pójdę. Nie chcę kolejnej awantury… - wyszła do przedpokoju. Syriusz ruszył za nią, energicznie poprawiając czarne włosy.
-Jak sobie chcesz. – podał jej rękę – Jutro spotykamy się o dwunastej. Składam rewizytę w twoim domu.
-Chciałbyś. – uśmiechnęła się. Wiedziała, że bardzo dużo mu zawdzięcza. Właściwie wyszła z kłopotliwej sytuacji ze szwanku. Kiwnęła głową i opuściła dom starożytnego rodu Blacków.

-Kochanie, już jesteś? – zawołała z kuchni mama, gdy tylko Rilla weszła do środka – Jakaś sowa siedzi u ciebie w pokoju! – dziewczyna zdjęła szybko buty i pobiegła na piętro, mijając przy tym małą Emmę, która grasowała po całym domu, tarmosząc niemiłosiernie swoją nową lalkę.
Rilla doskoczyła do dużego puchacza i odebrała mały zwitek pergaminu.

O nic się nie martw, Kochana. Rozumiemy. Ś. dadzą Ci spokój dopóki wszystkiego nie ułożysz. Twoje stosunki z Gryfonami są bardzo ważne. Ale nie zapominaj o nas. Nigdy. Jesteś nam bardzo potrzebna.
Całuję,
Narcyza.


komentarze [33]

5.Wypad z Syriuszem >> czwartek, 2 sierpnia 2007 20:32:33


> No tak. Na początek kilka słów ode mnie (wszyscy się cieszą, wiwatują, robimy faaaaalę).
Chciałam serdecznie podziękować za tak liczne komentarze. Bóg zapłać (nie mam pieniędzy). Bardzo mi miło, że ktoś tu zagląda.
Opowiadanie na razie jest dalekie od ideału. Jednych nudzi, innych nie, ale staram się, najlepiej jak tylko mogę, powstrzymywać swoją dość mroczną naturę.
Zwykle robię kuku bohaterom w pierwszej notce, ale to ff i muszę opanować się, aby nie wyrżnąć całego Hogwartu mieczykiem (Ci, którzy znają moją poprzednią twórczość radosną z lat młodzieńczych, wiedzą o co chodzi :P). Dlatego też w najbliższych odcinkach główni bohaterowie nie wyciągną nóg, nikogo nie trafi piorun kulisty, ani nie rozjedzie tramwaj.
To przy okazji ostatnia z tak długich notek. Następne (napisane już zresztą) będą krótsze, ale chyba ciekawsze.
Nooo... I co mi jeszcze na sercu leży?
Ach, dedykacja!
Oczywiście dla Werewolfa, który przez trzy godziny próbował pokonać mnie w "Mistrzostwach Świata w Quidditchu". Bezskutecznie. W końcu to kobiety są górą :P.


05 lipca 1974 r.
-Rilla, zejdź do nas! – w drzwi prowadzące do pokoju piętnastolatki zapukała matka – Emma ma dzisiaj urodziny! Rozmawiałyśmy już na ten temat… Twoja ciotka i wujek niepokoją się o ciebie. Zaraz wyskoczą na mnie, że jestem wyrodną matką, która nie zadbała…
-Muszę siedzieć z tymi mugolami?! – kobieta usłyszała wyjątkowo ostry i nieprzyjemny głos córki.
-Z kim? – spytała bezradnie, czując, że to ją przerasta. Mimo że jej starsza pociecha za niecałe dwa miesiące miała rozpocząć piąty rok nauki w Hogwarcie, nie orientowała się kompletnie w temacie. Zwłaszcza, że po śmierci babki, Rilla jakby zamknęła się w sobie, uciekła do własnego świata czarów, marzeń, wyłączając się tym samym z życia rodzinnego. Pani Whiteflower, przemęczona pracą, nie miała czasu dotrzeć do dziewczyny. Zwłaszcza nie była w stanie odkryć, co jest przyczyną takich huśtawek nastroju. Dochodziły do tego jeszcze problemy z Emmą, czteroletnim urwisem, który przewrócił cały dom do góry nogami…
-Z mugolami! Tak MY mówimy na NIEMAGICZNYCH, załapałaś? To chyba nie jest tak trudne do zapamiętania, prawda?
-Niemagiczni są według ciebie niegodni? – pani Whiteflower po chwili namysłu natrafiła na właściwe fale – Uważasz się za lepszą?
-Nie uważam się, ja to wiem, mamo. – ktoś przekręcił zamek w drzwiach. Po szarpnięciu za klamkę, przed swoją rodzicielką stanęła dziewczyna. Nie była szczególną pięknością, zwłaszcza, że w ciągu wakacji trochę się zapuściła. Długie, złociste włosy (ich kolor nieporównywalnie zbladł i zbrzydł od czasów pierwszej klasy) spięła niechlujnie, odsłaniając szare oczy. To właśnie z nich najlepiej można było odczytać aktualny humor dziewczyny. Obecnie nie ukazywały żądzy mordu, więc pani Whiteflower odetchnęła. Zły nastrój Rilli powoli znikał.
-Nie rozumiem. – wyjąknęła kobieta – Czy ja i Emma też jesteśmy gorsze?
-Ty nie, mamo. Szanuję cię, dużo dla mnie zrobiłaś. Dzięki tobie mam praktycznie wszystko, czego potrzebuję. Zapewniłaś mi przybory do szkoły, podręczniki, dostaję kieszonkowe na drobne wydatki, gdy jestem w szkole. Kocham cię, mamo, i tylko dlatego zejdę na dół.
-Córeczko! – słowa Rilli doprowadziły panią Whiteflower do lekkiej histerii. Strach przed gośćmi i ewentualną naganą znikł, cieszyła się z tych miłych słów. Jednak cząstka wypowiedzi córki trafiła do pewnego punktu w sercu kobiety, gdzie zaczęła wydawać się wręcz kpiną, szyderstwem. Zadrżała, ogarnął ją niepokój. Rilla jednak najspokojniej w świecie tuliła się do ramienia matki. W tej chwili wydawała się tak słodka, tak dobra, tak niewinna – Jesteś całym moim życiem. Kocham cię tak bardzo, że mogłabym zrobić wszystko…
-Emma napawa mnie lekkim obrzydzeniem, muszę przyznać. – przerwała jej Rilla. Pani Whiteflower wytrzeszczyła oczy.
-Jak to? – zajęczała.
-Mam obawy… A jeśli nie dostanie listu, takiego samego jak ten, który przyszedł do mnie? Jak myślisz? Będzie magiczna?
-Nie wiem, córeczko. To całkiem prawdopodobne. Ale nawet będzie muglakiem…
-Mugolem!
-…to nic takiego się nie stanie. – zakończyła matka. Rilla wypuściła ją z objęć.
-Nie uznam jej wtedy za siostrę. – warknęła – Będę jej jak najbardziej uprzykrzać życie…
-Rillo! – kobieta zbladła – Mamy jeszcze siedem lat! Proszę, zejdźmy do gości. Skoro mnie kochasz, sądzę, że Emma także na to zasługuje.
-Dobrze. Będę zachowywać się jak należy. – powiedziała dziewczyna, widząc, że matka otwiera już usta, by rzucić jakimś kazaniem.
W saloniku mała Emma tańczyła do jakiejś szkockiej piosenki, która leciała w radiu. Zdążyła już rozśmieszyć do łez starą ciotkę Joanne. Wuj Tom palił kolejnego już papierosa. Dym rozprzestrzenił się na cały pokój. Przy upale (temperatura sięgała do 38 stopni, a w całej wschodniej Anglii ogłoszono stan klęski żywiołowej wywołanej suszą) wytworzył się okropny zaduch, w którym nie dało się swobodnie oddychać.
-Cześć, kochanie! – zawołali – Jak zdróweczko?! Emmo, zatańcz z siostrzyczką…
„Znowu się zaczyna… Ale nie tylko ja nie znoszę swoich krewnych”. – pomyślała o Syriuszu, z którym umówiła się na jutrzejszy poranek.
-Jak oceny? – spytała ciotka, gdy Rilla wraz z matką usiadła przy stole.
-Dobrze.
-Przypomnij mi, jak nazywa się twoja szkoła, dobrze, aniołeczku?
-Liceum sióstr Klarysek dla zubożałych dziewcząt w Manchesterze. – mruknęła niezadowolona, że nawet w domu musi kłamać.
-Podoba ci się tam? To dobra szkoła? Bo nasza pociecha, Margaret nie wybrała jeszcze szkoły dla siebie… Może poszłaby w twoje ślady? Jak myślisz, Tom?
-Liceum jak liceum. – do akcji wkroczyła pani Whiteflower – Nic specjalnego… Tylko obowiązuje tam straszny rygor. Dziewczęta nie mogą przywozić ze sobą własnych sukienek, spodni, bluzek. Przeorysza każe ubierać się w odrażające fartuszki. Zabrania noszenia grzywki… A wasza Margaret tak dobrze z nią wygląda…
-Nie pozwala na grzywkę?! – oburzyła się ciotka – To absurd! Czemu?
-Bo to ozdoba. – wtrąciła się Rilla – A my, uczennice, musimy wyglądać jednakowo. Żadnej biżuterii, musimy obchodzić się bez własnych ręczników. Na miejscu dostajemy zakonne…
-Okropne! Wstrząsające! Katherine, jak możesz pozwalać na coś takiego?! – wuj zgasił z przejęcia papierosa.
-Siostry przygotowują nas do życia zakonnego. – Rilla zrobiła słodką minkę – Skromne życie, bez bogactw to jedna z jego podstaw.
-Zamierzasz zostać zakonnicą?! – wykrzyknęło równocześnie wujostwo – To nie dla ciebie! Twoim obowiązkiem jest utrzymanie matki, gdy się zestarzeje, a nie takie… Nie wolno myśleć o sobie, być samolubnym, kochanie!

06 lipca 1974 r.

Rilla wstała bardzo wcześnie. Pobiegła do łazienki, po zimnym prysznicu, podeszła opatulona ręcznikiem do lusterka wiszącego nad umywalką. Nałożyła delikatnie na twarz maść „Zdechły hipogryf”, najlepszą do likwidowania zaskórników, których jak każda nastolatka miała dość sporo. W przeciwieństwie do większości dziewcząt w swoim wieku nie przykrywała ich grubą warstwą makijażu. Nie malowała się w ogóle. Nie lubiła godzinami przesiadywać przed lustrem, to nie był jej świat.
Dzisiaj chciała wyglądać jednak ładnie. Na Pokątnej jej towarzyszem miał być Syriusz Black, najprzystojniejszy chłopak w całej szkole, który złamał już serce niejednej dziewczynie. Nie chodziło o to, że chciała go olśnić. Nie. Pragnęła tylko podretuszować swój wygląd, by nie wyglądać przy nim tak marnie, blado.
***
Syriusz już na nią czekał. Uścisnął delikatną dłoń Rilli. Ruszyli ulicą czarodziei, choć ciągle jednak zatrzymywali się. Zaczepiali ich znajomi Blacka, jakieś sztuczne pannice.
W końcu pokonali dystans kilkunastu metrów dochodząc do lodziarni Floriana Fortescue. Syriusz z przepraszającą miną usadził dziewczynę przy jednym stoliku, a sam pobiegł złożyć zamówienie. Wrócił, niosąc pucharki pełne rumowo-śmietankowych lodów.
-Jeszcze raz chciałem cię przeprosić za te drobne komplikacje. – usiadł naprzeciwko Rilli – Nie wiedziałem, że aż tylu znajomych przesiaduje na Pokątnej.
-Nie szkodzi. – panna Whiteflower machnęła ręką. Zapadła cisza.
-To… eee… jak ci mijają wakacje? – spytał Syriusz, drapiąc się za uchem.
-Świetnie, wmówiłam wujostwu, że zostanę zakonnicą… Wyszli bez pożegnania, sądząc, że to bardzo samolubna decyzja, za którą powinnam się wstydzić. – palnęła. Black zdębiał.
-Słucham?
-Eh, jak dobrze wiesz, moja rodzina to sami mugole. Aby ich nie przestraszyć, razem z moją matką wymyśliłam historyjkę o szkole klarysek, do której uczęszczam. W końcu sprawa się skomplikowała i teraz są święcie przekonani, że idę do zakonu.
-Interesujące. Ale na serio nie zamierzasz, prawda?
-Na razie nie mam takich planów, ale czas pokaże. – Rilla uśmiechnęła się tajemniczo.
-Masz nierówno pod kopułą, zupełnie jak Evans. – oznajmił Syriusz, atakując łyżką polewę czekoladową – A propos, James ciągle czuje do niej miętę.
-I co z tego?
-Może spróbujemy im pomóc?
-To po to mnie tutaj ściągnąłeś i byłeś taki miły? – Rilla lekko podniosła głos. Syriusz odchrząknął zmieszany – Ty… - nie dokończyła, bo łyżeczka, którą trzymała jeszcze przed chwilą, uderzyła w twarz chłopaka.
-Zdurniałaś? – burknął, łapiąc się za policzek, w który został trzaśnięty – Chciałem spędzić z tobą miło czas, trochę lepiej poznać, bo zwykle jedynie się kłócimy, pojedynkujemy lub ignorujemy. A do tego potrzebna jest rozmowa!
-Ale nie o Potterze! Nienawidzę Lily Evans, rozumiesz?!
-James ma cię za przyjaciółkę. Dużo dla ciebie zrobił. Gdyby nie on, nadal siedziałabyś sama cicho w kąciku. – uniósł się Syriusz.
-Może byłoby tak lepiej! Ja się nie prosiłam o akceptację ze strony wielce szanownych Huncwotów!
-Nie drżyj się tak. – warknął Black – Może ty nie prosiłaś, ale teraz ja proszę. Rozumiesz?! JA-SYRIUSZ-BLACK-PROSZĘ-RILLĘ-WHITEFLOWER-O-POMOC.
-Niewiarygodne. – powiedziała zgryźliwie –Skoro wołasz o pomoc, udzielę ci jej. Ale tylko pod jednym warunkiem – powiedz, czemu przygarnęliście akurat mnie, zwłaszcza, że mogliście wybierać z mnóstwa dziewczyn.
-To James zdecydował. Poczuł się za ciebie odpowiedzialny, nie chciał, abyś wpakowała się w tarapaty. Instynktownie wyczuł, że jesteś swoja. Teraz awansowałaś na jego przybraną siostrę.
-Nie chrzań.
-Sama zobacz. – Syriusz pogrzebał w kieszeni. Wyciągnął z niej kawałek pergaminu, który wręczył Rilli.

Drogi Łapo,
To wszystko na nic. Nie zapominam. Nie śpię, nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Nie pomaga nic.
Ani wygłupy na miotłach z ojcem, ani kozie mleko, ani opowieści z młodości rodziców. Nawet racuchy mamy nie pomagają mi wrócić do normalnego stanu. Czuję się jak mandragora, za wcześnie wyciągnięta z ziemi, jak skopany, potłuczony gnom. Ten stan trwa już pół roku.
Nie potrafię przestać o niej myśleć. Wszędzie widzę jej uśmiech, zielone oczy, wyniosłą minę, złość, gdy na mnie patrzy. Przy L.E. kompletnie głupieję, wiem, że zachowuję się jak pięciolatek z ADHD, ale nie jestem w stanie być Jamesem-Huncwotem. Wychodzi mi tylko James-idiota-od-siedmiu-boleści, co mi tak często powtarzasz.
Proponujesz, abym zajął się inną, zakochał się tym razem ze wzajemnością i żył długo i szczęśliwie.
Nie potrafię, wierz mi.
Ogarnęła mnie chwilowa głupawka, gdy jako moją potencjalną dziewczynę wymieniłeś Rillę. Zachwalałeś ją jak towar w sklepie, przyznaję, wyszło Ci całkiem nieźle. Ale R., mimo że jest cudowną przyjaciółką (co prawda kłócimy się często, ale kocham widzieć jej minę, gdy jest wściekła), to nie Evans. R. zna mnie na wylot, wie jak pozbywałem się włochatnicy, którą oberwałem od Remusa, kiedy zabrałem mu książkę (musisz przyznać, że skutki były ohydne), zna nazwiska wszystkich dziewczyn, z którymi się spotykałem… Można wymieniać bez końca. Jest zbyt do mnie podobna, wyrozumiała. Zaczynam ją kochać, ale jak siostrę. R. lubię męczyć, wprawiać w zakłopotanie. Jest w niej coś szczególnego, ale ja oddałem już serce Lily.
Evans przyciąga mnie jak lep na muchy, imponuje mi, ciekawi, zachwyca swoim temperamentem, intelektem, umiejętnościami. Nie spocznę, dopóki nie będzie moja.
Nie zanudzam już Cię więcej, idę doić krowy,
Rogacz.


-Nie wiedziałam, że on jest piśmienny. – Rilla oddała list Syriuszowi – Jego słowa są miłe, ale jak mogłeś próbować podsunąć mnie pod nos Jamesa?! – zawołała. Właściciel lodziarni, Florian, zagwizdał cicho.
-Uznałem, że jesteś najodpowiedniejszą kandydatką. – Black wzruszył ramionami – Gdybyście ze sobą chodzili, nie kusiłoby mnie, aby odbić Jamesowi dziewczynę. – pokazał jej język – Niestety, nie jest zainteresowany. Eliksir miłosny wyczuje na odległość…
-Co?! Black, ty zwariowałeś! – przechodnie spojrzeli w ich kierunku – Ach, gadaj, co mam zrobić.
-Lilyanne Evans to bardzo bystra, inteligentna dziewczyna. Ostatnimi czasy okazuje mi więcej miłosierdzia, nieraz ze sobą rozmawialiśmy, ale zaczynała się na mnie drżeć, gdy poruszałem temat Rogacza. Musi podejść ją dziewczyna.
-Nie możesz poprosić żadnej ze swoich fanek? Cała gromada zgodziłaby się z przyjemnością. Ja nie mam wprawy w rozmowach z Evans.
-Odczep się. Nie zamierzam prosić żadnej z tych dziewcząt…
-Ponieważ?
-…ponieważ Lily kompletnie ignoruje odmóżdżone lalki. Tylko pogorszyłbym sprawę.
-Masz aż tak niskie mniemanie o tych pannicach? – parsknęła śmiechem Rilla. Syriusz zmiażdżył ją wzrokiem.
-Pochlebiają mi, przyznaję…
-I je po kolei podrywasz. – wtrąciła złośliwie.
-Wyrzuty później, zazdrośnico.
-Śnisz…
-Porozmawiaj z Lily, wiesz, babskie pogaduchy, ploteczki, wymiana adresów sklepów z najlepszymi ciuchami, ranking najprzystojniejszych chłopaków w szkole… Możesz nawet wymienić jako pierwszego Jamesa, a mnie dopiero na drugim miejscu…
-Inspirujące pomysły, Syriuszu. Zrobię, co w mojej mocy, ale dopiero we wrześniu. – skończyli lody. Po zapłaceniu rachunku przez Blacka, ruszyli w kierunku Dziurawego Kotła.
Zatrzymali się przy sklepie z miotłami. Syriusz przywarł do szyby, widząc nowiutkiego Nimbusa X600.
-Poczekaj tu. – wszedł do środka. Wrócił po pięciu minutach, niosąc pod pachą pudło z wymarzoną miotłą – Nie mogłem się oprzeć. – rzekł, widząc potępiającą minę Rilli.
-Nosisz przy sobie tyle gotówki? – spytała.
-To tylko moje kieszonkowe. Rodzice lubią zapychać mi usta pieniędzmi. – pochylił się, poprawiając górną część pudła. Znikł tym samym z pola widzenia. Zasłonił go tłum czarodziejów.
-Ej, Rilla! – usłyszała znajomy głos. Odwróciła się. Severus Snape najspokojniej w świecie wychodził z ulicy Śmiertelnego Nokturnu i zmierzał ku niej, odgarniając z twarzy przetłuszczone czarne włosy – Dobrze cię widzieć bez tych zafajdanych…
-Dzień dobry, Snape. – Syriusz wyprostował się. Wypowiedział te słowa lodowatym tonem. Severus zamarł. Rilla zadrżała, serce biło jej jako oszalałe. Wszystko się wydało. Black przywalił Ślizgonowi pięścią w brzuch – Masz szczęście, że jesteśmy w miejscu publicznym. – warknął do Snape’a, który wylądował na brukowym chodniku – Idziemy. – Syriusz chwycił Rillę za dłoń. Bez słowa wyszli przez Dziurawy Kocioł do świata jugoli.
Dziewczynie puściły nerwy. Płacząc, rzuciła się na Blacka. Wiedziała, że jest skończona. Syriusz złapał ją za nadgarstki, chroniąc się przed uderzeniem.
-Mógłbym rzucić ci jakimś wspaniałym kazaniem, powiedzieć, abyś już nigdy się nie zbliżała do mnie, do Remusa, Jamesa, Petera, ale nie chcę. – dostrzegła niemały ból w oczach Łapy – To ty zadałaś sobie największy cios z możliwych. Nie zamierzam cię dobijać, mieszać z błotem. Mógłbym zadać ci setki pytań, ale dzisiaj nie jesteś w stanie odpowiedzieć na żadne z nich. Wiem, że zaczynam gadać, jak biedny, stary Lunatyk… Wracaj do domu, jutro o szesnastej oczekuję na ciebie na Grimmauld Place. – Syriusz puścił ją i odszedł.
Została sama.
Straciła Huncwotów i ich przyjaźń. Przez durnego Severusa Snape’a.
„Ale to i tak kiedyś by się wydało”. – szepnął złośliwy głosik – „Musiałaś wybrać. Nieświadomie wylądowałaś na łasce zwolenników czystej krwi… Będąc szlamą”.
Nawet nie wiedziała, jak znalazła się w swoim pokoju, wtulona w poduszkę. Była jednak pewna, że coś w niej pękło. Nie przestawała płakać ani na sekundę. Dopiero po trzech godzinach usnęła, zmęczona rozpaczaniem.
komentarze [30]

Notka informacyjna >> piątek, 27 lipica 2007 14:28:10


> Kolejna część opowiadania miała pojawić się na dniach, ale wstrzymuję się z jej dodaniem do czasu powrotu z Londynu.
Dzięki za 15 komentarzy.
Pozdrawiam :*!
komentarze [9]

4.Wycieczka z ośrodka dla młodocianych recydywistów. >> czwartek, 19 lipica 2007 19:01:01


> 11 czerwca 1974 r.
-James, nie gap się już na nią. – Rilla potrząsnęła przyjacielem. Nie starała się czynić tego dyskretnie i mówić po cichu, bo na historii magii można było robić wszystko, podczas gdy profesor Binns spokojnie wygłaszał mowy o niesprawiedliwościach i okrucieństwach w czasie V Wojny Trollskiej w latach 1672-1703, nie zwracając najmniejszej uwagi na otoczenie. Potter nie zareagował, wciąż wpatrując się w plecy Lily Evans i kreśląc równocześnie inicjały dziewczyny – Na litość boską, przestań! Za rok SUMY, musisz uważać!
-Aguamenti! – Syriusz leniwie machnął różdżką, a James dostał w twarz potężnym strumieniem wody – Staruszku, wróć do nas! – klepnął go po plecach. Potter na szczęście oprzytomniał i uśmiechnął się dziarsko. Zanurkował pod ławkę, wypuszczając wielkiego karalucha, który pobiegł w kierunku Severusa Snape’a – Rilla, rób notatki! Musimy od kogoś uzupełnić… - wyszczerzył się Black, z uwagą śledząc zwierzątko, które wchodziło już pod szatę Ślizgona.
-Aaaa!!! Zabierzcie to! – usłyszała po chwili dziewczyna. Pokręciła tylko głową, kiedy Snape wyleciał z krzykiem i przekleństwami na ustach z sali.
-Wiecie co? Jesteście żałośni. – powiedziała i przesiadła się do tyłu, do Remusa i Petera.
-A ją co znowu ugryzło? – spytał roześmiany Syriusz. James wzruszył tylko ramionami. Poprawił okulary na nosie, oddarł kawałek pergaminu ze swojego wypracowania na eliksiry i, łapiąc za namoczone atramentem pióro, zaczął skrobać liścik do Evans.

***
-Z dnia na dzień jesteście coraz bardziej dziecinni. – po lekcjach ruszyli nad jezioro. Rozłożyli koc na długiej, zielonej trawie i uwalili się na nim z impetem.
-A ty za to robisz się zgorzkniała. – mruknął leżący obok Rilli Black. Bawił się znalezioną po drodze koniczynką – Niedługo przemienisz się w drugą Evans. – wskazał na przechodzącą obok Lily. Mimo że wielkimi krokami zbliżał się koniec roku, nadal uczyła się zawzięcie, czego przykładem była trzymana przez nią książka „Sto sposobów na dobrą truciznę”, którą zapewne pożyczyła od Slughorna.
-EVANS, UMÓW SIĘ ZE MNĄ! CHOĆ JEDEN RAZ! – wydarł się James, machając przy tym rękoma. Nie zaszczyciła go ani jednym spojrzeniem.
-Chyba widziała, jak flirtowałeś z tą Krukonką… - Remus przygładził jasne włosy i uśmiechnął się pod nosem – Nie przypadło jej to najwidoczniej do gustu.
-Luniaczek ma rację. Tu jest pies pogrzebany.
-Rilla, pogadaj z nią! Proszę! – zaskomlał James, robiąc słodkie oczka – Jesteś moją ostatnią nadzieją! Błagam…
-Ona mnie nie cierpi, zapomniałeś, staruszku? Poza tym podejrzewam, że zagięła parol na kogoś już w trzeciej klasie… - miała na myśli, rzecz jasna, Syriusza.
-Na kogo?
-Nie powiem, bo będziecie się śmiać z moich podejrzeń.
-No co ty…
-A KTO MI NIE WIERZYŁ, GDY MÓWIŁAM, ŻE DUMBLEDORE MA NA WAS OKO I NIE POWINNIŚCIE DEMOLOWAĆ CAŁEGO DRUGIEGO PIĘTRA?! WYŚMIALIŚCIE MNIE I W DODATKU ZACIĄGNĘLIŚCIE ZE SOBĄ! I CO Z TEGO WYNIKŁO, MOI DRODZY PANOWIE?! MIESIĘCZNE POMAGANIE SKRZATOM W KUCHNI! A W DRUGIEJ KLASIE, GDY…
-Przestańcie! – pisnął Peter, kuląc się obok Remusa, który w mniemaniu Glizdogona, mógł obronić go w tej chwili przed gniewem panny Whiteflower.
-W kuchni i tak nic nie robiliśmy, zapomniałaś, jaśnie pani? – rzucił Syriusz, chowając koniczynkę do kieszeni szaty – Dostaliśmy tylko darmowe żarcie. A Dumbledore mógłby być łagodniejszy…
-Skoro Rilla nie chce mówić, nie zmusimy jej do tego, James. – odezwał się Remus – Ma pewnie do tego powody, co musimy uszanować. Poza tym wszyscy wiemy, że nie odpuściłbyś temu chłopakowi. Wpakowałbyś się w większe kłopoty. Jeśli zależy ci na Lily, musisz przestać zachowywać się, jak dzieciak i nie podrywać każdej spódniczki…
-Kolejny mądry się znalazł. – warknął Potter – Glizdogon, idziemy! – wydał polecenie. Peter poderwał się natychmiast na równe nogi i razem ze swoim przyjacielem ruszył w kierunku Ślizgonów. Musiał odreagować i na kimś się wyżyć, a uczniowie domu węża wydawali mu się najodpowiedniejszymi kandydatami na ofiary.
Rilla została z Syriuszem i Remusem.
-Przejdzie mu za jakiś miesiąc, dwa. – zaśmiał się Black – Nieźle się biedak wkopał z tą Evans. Próbowałem zagłuszyć to uczucie Ognistą Whisky, ale James nawet kompletnie zalany wygłaszał miłosne wyznania.
-Przypadek beznadziejny. – pokiwał głową Remus – Ale masz rację, niedługo wakacje, odpocznie, zapomni i znów będzie święcił tryumfy jako podrywacz. Bezlitosny, hurtowo zdobędzie na spółkę z tobą kilkadziesiąt dziewczęcych serc, złamie je i oddali się krokiem zdobywcy…
-A ty, Remusie, powinieneś spisywać nasze podboje, jak najwytrwalszy kronikarz. – zarechotał Syriusz. Lupin poszedł w jego ślady. Żaden z nich nie zwracał uwagi na Rillę, siedzącą z kwaszoną miną i przyglądającą się wiszącej do góry nogami postaci po drugiej stronie jeziora, którą zapewne był biedny, poczciwy Snape – Najbardziej śmieszy mnie fakt, że te wszystkie dziewczyny same się do nas przyczepiają, choć świetnie wiedzą, co je czeka. Masochistki…
-Moglibyście jakoś je zmyć, a nie tak traktować…
-Zmywamy te najnudniejsze i te, które mają problem ze skleceniem zdania. Kiedyś próbowaliśmy odgonić wszystkie, ale na marne. Zresztą, James uwielbia być popularny… - chłopcy zaczęli szeptać coś do siebie. Rilla wychwyciła pojedyncze słowa: „pełnia”, „chata”, „mapa”.

26 czerwca 1974 r.

-To już koniec… Tralala… - zanucił Potter, wciągając swój bagaż do przedziału w pociągu trasy Hogsmeade – Londyn.
-Dzięki. – mruknęła Rilla do czającego się za plecami Jamesa, Remusa, który przydźwigał jej kufer – Bardzo się zmęczyłeś? – spytała, widząc, że z chłopaka uleciała cała energia.
-Trochę. – postawił bagaż dziewczyny przy oknie – Ach! – pociąg gwałtownie ruszył. James poleciał na kolana Syriusza, potrącając przy tym Petera, który padł na podłogę. Remus przygrzmocił nosem w okno. Usłyszeli charakterystyczne chrupnięcie.
-Nic ci nie jest? – spytała Rilla, widząc zakrwawioną twarz Lunatyka – Episkey! – machnęła różdżką, a nos Remusa znowu złożył się w całość. Posadziła go obok siebie – Już dobrze?
-A o mnie nikt się tak nie troszczy. – mruknął rozłoszczony Peter, podnosząc się z trudem na grubych nóżkach. Otrzepał szatę i zajął swoje miejsce, posykując co chwila. Rilla wywnioskowała, że obił sobie porządnie kość ogonową. Na słowa Glizdogona Remus spłonął rumieńcem, co lekko ją speszyło. Postanowiła skoncentrować się na czymś innym.
-James, teraz przyszła kolej na Syriusza? – spytała, widząc, że Potter wcale nie zamierza zleźć z kolan przyjaciela – O, a ja chciałam porozmawiać z Evans. – zacmokała.
-Nie prowokuj mnie, Whiteflower. – pogroził jej palcem – I nie kłam w żywe oczy. Nigdy nie porozmawiałabyś z Lily… No wiesz, dobrowolnie… - zamierzał coś dodać, ale drzwi od ich przedziału otworzyły się, ukazując Evana Rosiera, szukającego w ślizgońskiej drużynie Quidditcha – Czego tu? – ryknął, zeskakując energicznie z kolan Blacka, który stęknął głośno.
Rilla zauważyła, że spojrzenie Ślizgona zatrzymało się w okolicach jej dłoni. Spojrzała na nią z niepokojem. Wciąż trzymała Lupina za rękę. Zmieszana puściła go szybko.
-Szlama ma się stawić u maszynisty. Szczegółów nie znam. – wysyczał jak najbardziej jadowicie. Syriusz złapał za różdżkę, wstał i przyłożył ją do szyi zaskoczonego Rosiera.
-Przeproś!- warknął zupełnie jak pies.
-Nie zależy mi na opinii takich, jak on, Syriuszu. – Rilla postanowiła ratować sytuację.
-Przeproś! – nie odpuszczał Black.
-Ja…
-Tormenta! – Evan zaczął zwijać się z bólu. Opadał już na posadzkę, gdy Rilla doskoczyła do niego i podtrzymała.
-Syriuszu, on musi mnie doprowadzić! Proszę, to może być ważne! – zawołała. Przerwał posłusznie zaklęcie. Dziewczyna wypchnęła rozchwianego Rosiera na korytarz. Otrzeźwiony Ślizgon zaprowadził ją do pewnie jedynego wolnego przedziału w pociągu – Po co ta maskarada? – spytała lekko zdenerwowana.
-Przeklęty Black… Jeszcze pożałuje…
-Do rzeczy, Evan, do rzeczy!
-Chciałem ci życzyć miłych wakacji.
-Dziękuję. Ja tobie również. Ale tylko dlatego najadłeś się takiego bólu?
-Nie wyglądało na to, abyś zamierzała ruszyć się z przedziału, a ja chciałem… Chciałem zaprosić cię na ostatni tydzień wakacji do mnie. Będzie jeszcze Regulus. Moi rodzice zostali wezwani do Czarnego Pana. Przez drugą połowę sierpnia będą gościć w jego domu, więc pomyślałem…
-Z miłą chęcią cię odwiedzę. Do zobaczenia! – wróciła do Huncwotów, nim Rosier zdążył powiedzieć choć słowo.
Na jej widok zamilkli.
„Musieli o mnie rozmawiać”. – pomyślała, posyłając chłopakom wdzięczne uśmiechy. Zamknęła drzwi od przedziału. Zdziwiła się, że jeszcze o nic nie pytają.

Późnym popołudniem pociąg zatrzymał się na peronie 9 i ¾ w Londynie. Rilla potrząsnęła śpiącymi Huncwotami, ryknęła groźnie, widząc, że za nic nie chcą się podnieść. Zniechęceni wytoczyli się, jak na życzenie z przedziału. Panna Whiteflower pognała za nimi. Zostali porwani przez tłum, który masowo zmierzał do przejścia do mugolskiego świata.
Niektórzy z niemagicznych stojących na peronie 9 odskoczyli z odrazą, widząc pojawiającą się bandę nastolatków z wielkimi kuframi, sowami, kotami, szczurami. Nie wyglądała ona normalnie.
„To zapewne wycieczka z ośrodka dla młodocianych recydywistów”. – myśleli z niepokojem, nie mogąc się już doczekać chwili, w której pochwalą się rodzinie/szefowi/dziewczynie, co ich dzisiaj spotkało. Taka grupa mogła być niebezpieczna, stanowiła istne zagrożenie… Mogli być wśród nich nawet mordercy…
„Byłoby dramatyczniej, jakby jeden z nich wyrwał tej kobiecie w spranej garsonce neseser”. – pomyślał siedzący na pobliskiej ławce starszy pan.

-Do zobaczenia, Rilla! – pomachał jej James, odbiegając do swoich rodziców. Przesłał buziaka w powietrzu do Evans, która prychnęła głośno.
-Cześć, łobuzie. – Syriusz poczochrał jasne włosy Rilli.
-Nie spoufalaj się ze mną! – zawołała, śmiejąc się – Do września, Remus. Cześć, Peter! – krzyknęła do kolegów, schwytanych w objęcia przez ojców. Odwróciła się, zamierzając odejść. Nadal stała twarzą w twarz z Syriuszem, choć Regulus odjechał wraz z rodzicami Błędnym Rycerzem.
-Idziesz w kierunku Grimmauld Place? – spytał – Graham Street jest chyba kawałek dalej, prawda? – Rilla kiwnęła głową – Może pójdziemy razem? Widzę, że nikt nie przyjechał po ciebie…
-Mama pracuje. Dobrze, chodźmy. – złapała za pasek od kufra, który zaczęła ciągnąć po ziemi. Black zachichotał.
-Wingardium Leviosa! – mruknął, zarzucając na bagaże pelerynę niewidkę.
-Że co? Nie możesz stosować zaklęć poza szkołą! Wywalą cię!
-Mój kochany tatuńcio połamał swoją różdżkę. Odpaliłem kawałek dla siebie i mogę korzystać z czarów dowoli. – Syriusz był najwyraźniej z siebie dumny.
-Dlaczego ja o tym nic nie wiem?!
-Bo nie pytałaś.
-A peleryna?
-Dostałem od rodziców Jamesa. Nie martw się, przynajmniej nie będziesz musiała dźwigać takiego ciężaru. – uśmiechnął się ciepło. Ruszyli.
-Mogę o coś spytać?
-Wal śmiało.
-Czemu twoi rodzice zabrali tylko Regulusa?
-Bo ja jestem niegodny, aby należeć do rodziny Blacków. Nie chcą pokazywać się ze mną w miejscach publicznych, w domu w każde wakacje, po kilkunastu wcześniejszych awanturach, zaczynają traktować mnie jak powietrze. Ich strata. – skwitował, gdy weszli w jakąś ponurą uliczkę.
-Dlaczego tak się zachowują?
-Bo szanuję osoby, które nie są czystej krwi. Mam dosyć arystokratycznej błazenady i wielu rzeczy, które są dla nich najważniejsze. Mnie się wydają śmieszne, rozumiesz? Nie potrafię oceniać człowieka źle, tylko dlatego, że jego rodzice to mugole, nie ma pieniędzy, czy coś. – Syriusz zainteresował się nagle swoimi butami, usilnie się w nie wgapiając. Zapewne odczuwał ból związany z takim traktowaniem. Rilla zaczęła żałować, że w ogóle poruszyła ten temat – Zostajesz w mieście na całe wakacje? – spytał, gdy zapanowała zupełna cisza. Grało tylko mugolskie radio w taksówce, której właściciel wyczekiwał na klienta.
-Chyba tak. No, może ostatni tydzień spędzę poza domem, jeśli moja mama się zgodzi. A ty?
-Regulus i rodzice wyjeżdżają na cały lipiec do Egiptu. Chciałem zaprosić chłopaków, ale James jedzie na wieś do kuzynki, Remus i Peter mają jakieś plany. Co powiesz na to, abyśmy kilka razy wyskoczyli wspólnie na Pokątną, aby zabić nudę? – zatrzymali się przy wydeptanej ścieżce prowadzącej na placyk, gdzie ukryty był dom Syriusza.
-Z miłą chęcią. – odpowiedziała lekko zdumiona – To do zobaczenia! – wyciągnęła rękę. Młody Black jej nie uścisnął.
-Tak szybko się mnie nie pozbędziesz. – rzekł, ruszając dalej – Musimy przetransportować twój bagaż. Nie zostawię cię z ciężkim kufrem. – po dziesięciu minutach dotarli do małej, szarej kamieniczki, z której sypał się tynk – To tu? – spytał ze zdziwieniem.
-Tak. Niezbyt ładnie, ale nie mamy pieniędzy, by przenieść się, gdzie indziej. – powiedziała prosto z mostu Rilla. Zapukała w drzwi od swojego mieszkania. Minęła minuta, dwie… Nikt nie otwierał – Cholera…
-Nie masz kluczy? Żaden problem. Alohomora! – z cichym skrzypnięciem drzwi uchyliły się, ukazując zaciemniony przedpokój. Syriusz sprowadził kufer dziewczyny na ziemię – Już dalej dasz sobie radę? – spytał z dziwną miną. Pokiwała głową, lekko przy tym łypiąc – Cześć! – oddalił się pospiesznie.
„Black nie jest takim kretynem, na jakiego wygląda. Zanotować.” – pomyślała Rilla. Wciągnęła bagaż do środka i zamknęła drzwi. Pobiegła do kuchni, gdzie przysiadła na taborecie – „Tylko udaje kogoś innego, gdy ma publiczność. Przy mnie, nikim specjalnym, zachowuje się naturalnie”. – zamyśliła się. Zaczynała powoli zniechęcać się do idei czystości krwi. Syriusz mówił dość sensownie… Może to jednak nie jest tak bardzo potrzebne do szczęścia?
-Już jesteś, córeczko? – usłyszała matczyny głos. Rzuciła się rodzicielce na szyję.
„Zobaczymy, co do zaoferowania ma pan Black. Na razie trzymamy się dotychczasowych zasad”. – dodała w myślach, gdy matka zaczęła zachwycać się zdrowym wyglądem swojej pierworodnej.
~~*~~
Proszę o wpisywanie się do księgi!!!

komentarze [18]

3.Fenrir Greyback >> czwartek, 12 lipica 2007 18:55:55


> 28 października 1972 r.
-Rilla! – usłyszała za sobą znajomy głos. Odwróciła się i zobaczyła ponurego jak zawsze Severusa Snape’a – Bierz. – wyciągnął rękę z małą fiolką – To Wywar Żywej Śmierci. Po czymś takim twoja koleżaneczka wpadnie w kilkutygodniową śpiączkę. Tylko pamiętaj, jedna kropla do pełnego pucharu napoju… I…
-Co tu się dzieje?! – zza rogu wyskoczył James, a za nim reszta Huncwotów – Snape, odwal się od niej! – machnął różdżką, a Severus zawisł do góry nogami kilka stóp nad ziemią. Fiolka z eliksirem rozbiła się o podłogę.
-Potter, daj spokój… On mi nic nie zrobił! – zawołała Rilla, wyrywając mu różdżkę. Snape wylądował na posadzce, klnąc siarczyście – Ucięliśmy sobie małą pogawędkę… Nic wielkiego.
-To co? – Peter był już z lekka ogłupiały. Severus podniósł się z trudem. Upadł na twarz. Z nosa kapała mu krew.
-Mała, głupia szlama. – warknął do Rilli – Jeszcze jeden taki numer i pożałujesz. – odszedł.
-Co ty mu zrobiłaś?! – usłyszała cztery podekscytowane głosy, gdy ruszyła w kierunku Wielkiej Sali.
-Groziłam. – Rilla postanowiła podjąć taką samą grę, jak Snape – I prawie udało mi się coś wymusić, ale oczywiście panowie Potter, Black, Pettigrew i Lupin musieli wpaść i narobić zbędnego hałasu. – udawała obrażoną.
„Nici z trucia Evans” – pomyślała, zabierając się do płatków kukurydzianych – „Szkoda.” – spojrzała spode łba na Lily, która rozmawiała w najlepsze z jakimś przystojnym Krukonem z piątej klasy.

-Przepustki, przepustki! – ryknął stary woźny, który wyglądał tak, jakby poprzedniego wieczoru balował kilka godzin z Ognistą Whisky. Obok niego stał profesor Slughorn. Rilla nienawidziła go od pierwszego wejrzenia i od, rzecz jasna, pierwszego niezaliczenia za eliksir likwidujący czkawkę. Oczywiście teraz machał do swoich ulubieńców z tzw. Klubu Ślimaka.
-Lily, Lily, ale wielka torba. – powiedział do stojącej tuż przed panną Whiteflower Evans – Już widzę tę moc zakupów, jakie zrobisz. – uśmiechnął się dobrodusznie – Jak Petunia?
-Eee… Dobrze, panie profesorze. Chodzi do liceum. – na twarzy Lily można było dostrzec zakłopotanie. Najwyraźniej profesor poruszył zawstydzający dziewczynę temat. Szybko pokazała przepustkę i pobiegła ze swoimi przyjaciółkami jak najdalej od wścibskiego nauczyciela.
-Evans to jednak biedne stworzenie. – mruknął James, popychając Rillę – Nie zazdroszczę jej takiego towarzystwa…
Pod „Trzema Miotłami” rozdzielili się. Chłopcy, knując jakąś nową sztuczkę, wparadowali do środka pubu, a Rilla, chroniąc się przed pierwszymi kroplami deszczu, pobiegła z kapturem na głowie za pobliskie Miodowe Królestwo.
Już na nią czekał. Uśmiechnęła się nieśmiało, widząc jego złowrogą minę. Był bardzo przystojnym młodym mężczyzną. Miał śliczne jasnoniebieskie oczy. Patrzyły jednak zimno na świat, nie można było znaleźć z nich choć jednej iskierki radości, zachęty do życia. Na jego twarzy można było znaleźć tyle cierpienia, frustracji, gniewu… Rilla doskonale wiedziała z jak bardzo umęczoną duszą ma do czynienia.
Nie widziała, chyba zresztą jako jedyna, w Fenrirze Greybacku bestii. Rozgryzła go już podczas pierwszego spotkania w „Świńskim Łbie” jesienią 1970 roku. Potem widywali się systematycznie, przy kolejnych nocnych wypadach grupy do Hogsmeade.
-Cześć! – przywitała się.
-Spóźniłaś się pięć minut. Jeśli myślisz, że kolejnym razem będę czekał, spotka cię niemiła niespodzianka. – warknął. Rilla uśmiechnęła się pod nosem.
-Wyluzuj. – powiedziała. Nie bała się go – Po co chciałeś się spotkać?
-Na początku września do Hogwartu przybyła najmłodsza latorośl Blacków.
-Regulus?
-Tak.
-W czym rzecz?
-Chcę, aby zaraz po feriach świątecznych, na początku stycznia chodził już co najmniej do trzeciej klasy. Jest bardzo zdolny, łatwo się uczy, ale… Potrzebuje nauczyciela. Ty nadajesz się najlepiej.
-Ale po co? Czemu nie może zostać razem z pierwszakami?
-Będzie nam potrzebny szybciej, a jednocześnie musi zdobyć wiedzę na jak najwyższym poziomie, aby być użytecznym. Dlatego nie może uczyć się w normalnym trybie.
-Dumbledore zgodzi się na tego typu kombinacje, przenoszenia?
-Jeśli będzie widział postępy, to oczywiście, że tak. Jeszcze się ucieszy, głupiec.
-Jeśli chcesz, mogę zająć się Regulusem. – szepnęła Greybackowi do ucha, unosząc się przy tym na palcach – Ale w zamian musisz mi powiedzieć…
-Wspominałem ci już o Czarnym Panu. – złapał ją lekko w pasie, podtrzymując, tak, aby nie wylądowała w błocie i nie upaprała mu szaty – On chce zmieniać świat, rozumiesz?
-Tak.
-Do tego potrzebni są mu pomocnicy. Ja, Bellatrix, jej mąż, Narcyza, Lucjusz, rodzina Rosierów, Nottów… I jeszcze wielu innych czarodziejów chce ofiarować swoje usługi w imię reformy, odnowy czarodziejstwa, wyzwolenia od cienia sz… - urwał.
-Od cienia szlam. – dokończyła za niego Rilla. Lekko drżały jej wargi – Mnie też się pozbędą?
-Nie. Jesteś użyteczna i nie widzę problemu, abyś nie mogła się do nas dołączyć.
Stałaś się już częścią tej wielkiej rodziny, zaakceptowano cię taką, jaka jesteś. Wystarczy, że za kilka lat rozkochasz w sobie jakiegoś wysmakowanego arystokratę i absolutnie nikt po waszym ślubie nie będzie miał prawa wypomnieć ci twojego pochodzenia. – Fenrir pogłaskał dziewczynę po głowie, zrzucając przy tym należący do niej kaptur. Czasami pokazywał w tak prosty sposób resztki swojego człowieczeństwa.
-A czy będę mogła zobaczyć samego Czarnego Pana?
-Tak, ale musisz być gotowa na przyłączenie się do nas. Jeśli przestąpisz próg jego domu…
-Muszę się liczyć z tym, że jeśli się rozmyślę, nie wyjdę już stamtąd, tak? Znam reguły. Cholera! – przesunęła się nieświadomie pod popsutą rynnę. Strumień wody plusnął jej w twarz. Greyback popatrzył na nią z pobłażaniem.
-Zanim zaczniesz marzyć o poznaniu Czarnego Pana, musisz dorosnąć. – odwrócił się – I zaopiekuj się Regulusem – Rzucił na odchodnym.
-Czekaj! – dogoniła go Rilla, zastępując mu drogę – A co zrobić z Syriuszem Blackiem? Brat nie poinformuje go o mojej pomocy?
-Nie powinien. Zresztą to twój problem. Do zobaczenia!
Ruszyła dróżką do Trzech Mioteł, skąd dochodziły radosne wrzaski jej kolegów, którzy na pewno zdążyli już coś nabroić.
-Nic ci nie jest? – mruknęła do uciekającego z pubu Snape’a. Zauważyła z niepokojem, że Severus dostał od kogoś zaklęciem galaretowatych nóżek.
-Później pogadamy! – odpowiedział. Rilla uniosła do góry brwi i weszła do knajpy.
-Co zrobiliście Snape’owi? Coś biedaczyna nie wyglądał za dobrze. – przysiadła się do Pottera i spółki.
-Ech, - James machnął ręką – mamy niewyrównane porachunki. A poza tym zawsze warto kogoś pomęczyć…
-A ty, Remusie, nie zaprotestowałeś? – spytała Lupina, który natychmiast odłożył jakieś grube tomisko – Myślałam, że chociaż ty jesteś poważny! – uniosła lekko głos.
-A co ja mogę? – odezwał się oburzony blondyn – Praktycznie co dzień muszę im zwracać uwagę, prosić o spokój, ale do szanownych panów Huncwotów to nie dociera!
-Huncwotów? – pochwyciła Rilla – Co to za nazwa?! – zaniosła się śmiechem – No proszę, proszę, z minuty na minutę jest mi coraz weselej!
-Coś ci się nie podoba? – burknął Black, podczas gdy James podał dziewczynie butelkę kremowego piwa i zaczął zabawiać Madame Rosmertę najświeższymi informacjami z zamku.
-Nie warcz, z łaski swojej, na mnie, mój drogi. Jestem tylko zachwycona nazwą i waszym strasznie wysokim poziomem intelektualnym. – czując zbliżającą się awanturę Peter przeprosił przyjaciół i uciekł do łazienki – Mam PRAWO wygłaszać własne opinie, jasne?
-Głupia. – Syriusz przechylił butelkę, wypijając całą zawartość za jednym razem – Nie zamierzam się z tobą kłócić, przynajmniej nie dzisiaj.
-Nie ma i nie będzie powodów do żadnej awantury, Black. Ty sobie chyba ubzdurałeś, że nie mam nic innego do roboty, poza męczeniem i dręczeniem tak szanowanego arystokraty, jakim jesteś. – zadrwiła. Remus wyglądał na zaniepokojonego. Black zachował jednak w żyłach zimną krew.
-Może i faktycznie, ale nie dajesz mi żadnych szans, aby pozbyć się tego przekonania, kochana Rillo. – powiedział chłodno.
-Musicie przestać wyżywać się na sobie. – rzekł Lupin, obejmując serdecznie przyjaciół - Podajcie sobie ręce. – z trudem złączył ich dłonie. Stawiali niezły opór – No i po wszystkim. A teraz wybaczcie, ale książka wzywa. – otworzył z powrotem opasłą księgę. Rilla zauważyła, że za zakładkę służy mu pergamin z jakąś mapą.
„Czy to nie…” – pomyślała, gdy Syriusz zauważywszy, że dziewczyna uważnie przygląda się czemuś, co przypominało plan Hogwartu, szarpnął ją za rękę.
-Chodźmy na spacer. – wydusił.
Nowo zawarty pokój wzywał do poświęceń. Wstała i, ciągnięta przez Blacka, wyszła na świeże powietrze. Deszcz przestał już padać.
Ruszyli główną ulicą, mijając oglądające się za nimi fanki Syriusza, z których nie jedna zapałała nienawiścią do biednej Rilli.
-Dokąd idziemy? – spytała po pięciu minutach spaceru. Spojrzała na zamyślonego chłopaka – Aaa! – poślizgnęła się na mydełku z żabiego skrzeku, leżącym tuż przy Sklepie Zonka.
Myśląc, jak najlepiej upaść, by nie doznać znaczących obrażeń, dziewczyna zatrzymała się kilkanaście cali nad ziemią.
-Dzięki. – wydusiła zarumieniona do podtrzymującego ją Blacka. Pomógł jej powrócić do pozycji pionowej. Zerknęła na grupkę stojących nieopodal uczennic, które zachwycały się nad szybkością Syriusza. Tylko Lily Evans kręciła potępiająco głową. Rilla przypomniała sobie wczorajszą rozmowę.
„A jeśli ona jest zazdrosna?”. – pomyślała.
-Idziesz? – spytał Syriusz, chowając ręce w kieszeniach.
-Tak, już lecę…
-Tylko nie na ziemię. – mruknął. Dogoniła go.
-Nie dostałam odpowiedzi na moje pytanie.
-Idziemy przed siebie, chyba, że masz lepszy pomysł.
-Nie, ty tu rządzisz, szefie. – uśmiechnęła się przymilnie.
„Evans kocha się w Syriuszu?”. – pomyślała przyglądając się chłopakowi. Był przystojny, to fakt. Szare oczy, czarne, niesforne włosy… Idealna sylwetka, białe zęby, luzacki styl, wspaniała pozycja społeczna. Niewątpliwie mógł się podobać. Rilla zdziwiła się, widząc obok siebie tak atrakcyjnego chłopaka. Właściwie nigdy nie patrzyła na niego od tej strony.
-Od razu lepiej. – uśmiechnął się dobrodusznie Syriusz – Możesz mówić tak zawsze.
-Chciałbyś…
-Za dobre sprawowanie pokażę ci coś. – pobiegli prosto główną drogą, po czym skręcili w boczną alejkę. Zatrzymali się obok herbaciarni u pani Puddifoot.
-Już się boję. – wydyszała, widząc lokal, który stanowił głównie ostoję dla zakochanych par. Syriusz próbował pociągnąć ją na tyły, ale dzielnie stawiła opór – Tu jest błoto! Mam się ubrudzić?
-I tak masz upaprane buty… Nie udawaj paniusi, bo nie wytrzymam i wrzucę cię w całości.
-Mam różdżkę i się nie dam. – Syriusz westchnął ciężko i szarpnął ją z całych sił – Aaa!
-Szlag mnie trafi. – oznajmił chłopak. Obrażona Rilla poszła za nim bez słowa, marząc już o ciepłej kąpieli w łazience – Szare gacie Snape’a. – powiedział, gdy zatrzymali się przy piwniczce za herbaciarnią.
-Że co?!
Tymczasem drzwiczki prowadzące na dół otworzyły się. Rilla nie mogła nic dostrzec, w środku było za ciemno.
-Właź! – polecił – Lumos! – zeszli po stromych schodach na dół przy nikłym światełku z różdżki Syriusza. Znaleźli się w pomieszczeniu wielkości schowka na miotły.
-Co to?! – krzyknęła oburzona dziewczyna, wskazując na kilkanaście butelek Ognistej Whiskey.
-Nasze zapasy. Schowaj trzy do torby.
-Mam razem z tobą przemycać alkohol do szkoły?!
-Zawarliśmy pokój. A przyjaciele sobie pomagają. Jest taka reguła, zapomniałaś? – spytał z wesołymi ognikami w oczach.
-Syriuszu Black, jesteś nieznośny! – tupnęła w zakurzoną podłogę.
-Ja tylko staram się urozmaicać nam życie. – wzruszył ramionami. Poddała się. Zabrali ze sobą kilka butelek i wrócili na tereny szkoły. Nie zamienili ani jednego słowa.
Tego wieczoru panna Whiteflower po raz pierwszy spróbowała tak mocnego trunku. Mimo początkowych obiekcji, urozmaicanie sobie i przyjaciołom życia uznała za niezbędne do właściwego funkcjonowania. Poza tym wreszcie wszyscy Huncwoci uznali, że jest godna zaufania. Nawet pan Black, który od tej pory z coraz mniejszym zaangażowaniem obserwował częste nocne spacery Rilli.

05 stycznia 1973 r.

Z tajnego dziennika panny Whiteflower, strzeżonego trzydziestoma siedmioma zaklęciami ochronnymi, aby żaden ohydny Huncwot nie wsadzał nosa w nieswoje sprawy; stworzonego po to, aby wyrazić swoje rozczarowanie światem, przedstawić daleko sięgające ambicje; podarowanego przez Remusa Lupina na Boże Narodzenie 72’.

Wreszcie! Na dzisiejszym śniadaniu Dumbledore oznajmił przy całej szkole, że Regulus Black, jakże szanowany młody czarodziej czystej krwi, został przeniesiony do klasy trzeciej. Podniosły się od razu głosy „czemu?!”, Evans aż się zassała, bo sama nie wpadła na to, aby przenieść się do wyższej klasy. Tylko ja siedziałam spokojnie, obserwując reakcję Syriusza. Muszę przyznać, że da się z nim wytrzymać, ale nadal OLBRZYMIĄ satysfakcję sprawiają mi jego porażki. Wściekł się. Razem w Jamesem podtrzymywaliśmy go, aby nie zrobił niczego głupiego.
Czasem jestem ciekawa, jak zareagowałby, gdyby dowiedział się, że to ja przyłożyłam do tego rękę. Przesiadywałam z Regulusem po dwie godziny dziennie w Pokoju Życzeń, a on nawet tego nie zauważył, zbyt zajęty wykręcaniem numerów nauczycielom i swoją miotłą.
Czekam teraz na reakcję Greybacka. Od młodszego Blacka dostałam już liścik z podziękowaniem i śliczny łańcuszek z olbrzymim, okrągłym szafirem. Postanowiłam, że nigdy nie będę zdejmować go z szyi, jest tak cudowny.
Mam nadzieję, że kolejne misje będą tak samo lub może jeszcze bardziej opłacalne. Tylko Fenrir musi się odezwać… Stęskniłam się za nim. Wiem, że jest blisko. „Prorok Codzienny” od kilku dni pisze o uprowadzeniu małego mugolskiego chłopca przez wilkołaka.
Chyba bardziej od niego interesuje mnie tylko Remus. Zmarniał po świętach, wygląda jak sama skóra i kości. Coś niszczy go od środka. Nie wypada jednak pytać, może ukrywa coś podobnej rangi, jak ja. Serce mi pęka, gdy widzę go w tej wyświechtanej szacie. Za pięć dni ma urodziny, muszę pomyśleć nad jakimś pożytecznym prezentem.
Przywiózł ze sobą świetną książkę o druzgotkach i o technikach udomawiania ich przez trytony. Muszę przyznać, że jest świetna. Czytamy ją razem, przez co znacznie częściej przesiaduję w dormitorium chłopców, a dokładniej na remusowym łóżku.
Tylko James ciągle nam przeszkadza, doprowadzając do kłopotliwych sytuacji, ale znajdę na niego jakiś sposób.


komentarze [13]

2.Nowe znajomości >> czwartek, 5 lipica 2007 20:48:45


> Ta notka miała się ukazać dopiero za kilka dni, ale przed chwilą zostałam powalona przez powracającą wenę. Pewnie wynika to z tego, że wyjeżdżam już za trzy dni, będę mieć wreszcie święty spokój od wszystkich znajomych i krewnych z ADHD :) i będę mogła się swobodnie wyspać, nie słysząc ciągłych jęków ze strony kochanej rodzinki.
Dedykacja dla: Panny L. Specjalnie dla Ciebie notka jest aż tak długa ^^ :P.
Smacznego! I nie bać się krytykować, jasne?!


12 września 1970 r.

Promienie słoneczne bezlitośnie przebiły się przez grube średniowieczne mury, oświetlając proporcjonalnie wszystkie zamkowe wnętrza od zachodniej strony. Zegar wybił godzinę czternastą. Rilla Whiteflower po skończonych zajęciach usadowiła się wygodnie w fotelu w Pokoju Wspólnym. Z torby wyciągnęła potężną książkę wypożyczoną ze szkolnej biblioteki. Zagłębiała się już w lekturze pierwszej stronicy, gdy rozległ się tuż za jej plecami ogromny wybuch. Odwróciła się i uniosła brew.
-James, osmaliłeś sobie nos. – powiedziała, widząc leżącego plackiem Pottera. Kilka kroków dalej Remus, Peter i Syriusz pokładali się ze śmiechu – Jakie to miało być zaklęcie? – spytała, unosząc brew.
-Niepohamowanej rozmowności. – odpowiedział James. Podniósł się z trudem i otrzepał szatę z białego pyłku – Chłopaki, wiejemy! – zawołał, widząc, że zmierza ku nim rozwścieczony jak głodny hipogryf prefekt.
Rilla pobiegła razem z nimi, ciągnięta przez Remusa. Jej książka wylądowała z hukiem na podłodze. Od razu zwróciła uwagę Blacka, który zdążył przeczytać tytuł. Uśmiech na jego twarzy natychmiast zgasł.

Zatrzymali się dopiero na błoniach, przy jeziorze.
-Odbiło wam?! – krzyknęła, oddychając szybko, Rilla – Po co mnie ciągnęliście ze sobą?! Kretyni!
-Ten prefekt wyżyłby się na tobie. – zarechotał Peter, wycierając pot z czoła rękawem szaty.
-Jest nienormalny… - zaczął Potter.
-Sztywny! – dodał Syriusz.
-Bezlitosny!
-A wy jesteście dziecinni! – złość ani na chwilę nie zamierzała opuścić Rilli – Ciągle się wam coś we mnie nie podoba! Poszukajcie sobie innego obiektu do trenowania swoich nieudolnych zaklęć. Ja CHCĘ mieć SPOKÓJ!– odbiegła w stronę zamku.
-Poczekajcie tu. – powiedział Syriusz – Muszę ją uspokoić, bo jeszcze doniesie dyrektorowi. – skłamał gładko.
-To może Remus niech idzie. – zaproponował James – Ona chyba najbardziej go trawi.
-Nie, ja pójdę. – Black groźnie napiął mięśnie. Jego trzech kompanów pokiwało ochoczo głowami – Tylko tu zostańcie, zaraz wracam!
Pobiegł za Rillą. Znalazł ją na pierwszym piętrze, gdy samotnie przemierzała korytarz.
-Ej! – zawołał. Zatrzymała się z niechęcią.
-O co chodzi?
-Oddaj tę książkę jak najszybciej, rozumiesz? – warknął – Nie wolno ci czegoś takiego czytać.
-Skoro jest w bibliotece i można ją wypożyczyć bez względu na wiek, mogę…
-Nie i nie denerwuj mnie! To zła lektura, nie rozumiesz? Po co ci książka o czystości krwi i ideologiach z nią związanych?
-Bo nie chcę być tym, kim jestem! Nie chcę być gorsza tylko przez krew…
-Dzieci z rodzin mugolskich nigdy nie dostaną się do Slytherinu! Głupia! – Syriusz odwrócił się na pięcie i odszedł. Rilla przysiadła na pobliskiej ławeczce. Musiała ochłonąć.
-Jak on śmie. – mruknęła pod nosem. Nikt nie mógł jej przecież zabronić tego typu lektur! Nie chodziło o to, że zapałała nagłą miłością do Domu Węża. Wręcz przeciwnie… Czuła się odrzucona i zniechęcona, ale jednocześnie pragnęła spróbować tego, na co, według tiary, nie była godna.
-Nie zwracaj uwagi na kogoś takiego, jak Syriusz Black. – usłyszała miły, melodyjny głos. Podniosła głowę. Przed nią stała śliczna dziewczyna, blondynka o szlachetnych rysach i niebieskich oczach. Uśmiechała się do niej subtelnie – To mój kuzyn, on też nie dostał się do Slytherinu, zresztą jako jeden z nielicznych w rodzinie i teraz próbuje ci wciskać głupoty. Mam na imię Narcyza, jestem ślizgońskim prefektem, więc jakby był dla ciebie niemiły, zgłoś się do mnie. – Rilla uścisnęła jej rękę – A ty jak się nazywasz? Jesteś z pierwszej klasy?
-Tak. Rilla Whiteflower. Jestem z Gryffindoru, choć tiara…
-Chcesz być taka jak my? – przerwała jej delikatnie Narcyza – Krew wcale nie jest aż tak ważna. No, przynajmniej ostatecznie nie przekreśla człowieka. Wydajesz się bardzo rozumna i pojętna, więc jeśli wybierzesz dobrą ścieżkę, zajdziesz daleko. Nie rozpowiadaj jednak innym o swoim pochodzeniu. To twoja prywatna sprawa.
-Cyziu! – zza rogu wyłonił się młodzieniec o bardzo jasnych włosach, związanych w kucyk. Kilka kosmyków opadało mu na twarz – Wszędzie cię szukam, dostałaś list od Bellatrix. – podszedł do niej, cmoknął w policzek i podał kopertę – Widzę, że znalazłaś sobie towarzystwo. – powiedział z ironią. Został zgromiony spojrzeniem Narcyzy. Zamknął usta, powstrzymując się od uwag. Od razu wyczuł, że to mała szlama. Uśmiechnął się kpiąco.
-To Rilla Whiteflower. – powiedziała Cyzia, przytupując obcasem.
-Lucjusz Malfoy. Eee… Miło mi. – nie wyciągnął do dziewczynki ręki.
-Rilla jest bardzo samotna w swoim domu. – rzekła Narcyza – Chciałam więc zaproponować jej uczestniczenie w naszych spotkaniach. Co o tym sądzisz, Lucjuszu?
-Eee… To… Bardzo dobry pomysł. Chodźmy… eee… na kolację.
-Oczywiście. Rilla, zapraszamy cię jutro o dziewiątej wieczorem na siódme piętro. Spotkamy się pod obrazem przedstawiającym trolle i Baltazara Bzika, dobrze? – rzuciła na odchodnym Narcyza.
-Tak. Będziemy się widywać w tym śmiesznym pokoju, który zmienia swoje wyposażenie, gdy tego chcemy?
Lucjusz i Cyzia gwałtownie się zatrzymali i odwrócili ze zdumieniem.
-Skąd o nim wiesz? – spytali równocześnie.
-Znalazłam go dwa dni temu. – uśmiechnęła się Rilla i pobiegła do Pokoju Wspólnego Gryfonów.
-Jest w niej coś niezwykłego. I nienawidzi Syriusza. – szepnęła panna Narcyza Black do ucha swojego wybranka – Może być postacią wyróżniającą się w naszym gronie, tylko musimy nią odpowiednio pokierować.
-A Gryfoni? – spytał Lucjusz.
-Będzie się z nimi zadawać normalnie, tylko raz w tygodniu będzie należeć do ślizgońskiego grona i zapewniam cię, że nie będzie gorsza.
-Masz przeczucie? – uśmiechnął się Malfoy, gdy znowu ruszyli.
-Tak.

13 września 1970 r.

-Rilla, poznaj Severusa Snape’a. – powiedziała Narcyza, ciągnąc dziewczynkę do chłopaka o haczykowatym nosie. Był w jej wieku, często widywała go na zajęciach ze Ślizgonami. Wyciągnął rękę. Gdyby nie był uprzedzony, pewnie krzyknąłby, że to jakiś żart. Ale skoro Lucjusz Malfoy powiedział, że to ważny gość…
-Cześć. – powiedział z wymuszonym uśmiechem.
-Severusie, zajmiesz się nią? Pokażesz resztę kolegów? – spytała Cyzia. Snape pokiwał głową.
-To Evan Rosier. – pokazał Rilli zaczytanego chłopaka – Lepiej mu nie przeszkadzać, bo miota zaklęciami szybciej niż ktokolwiek na pierwszym roku. Jest świetny w Quidditchu.
-A ty czym się interesujesz? – spytała dziewczyna.
-Musiałbym ci to pokazać, a Gryfonom nie wolno odwiedzać dormitoriów Ślizgonów.
-A nie mogę sobie tego wyobrazić?
-Możesz spróbować. Zamknij oczy. – posłusznie wykonała rozkaz – Nasz pokój jest w kolorystyce srebrno-zielonej, stoi tam pięć łóżek. Jedno z nich, w samym kącie, tuż przy oknie, należy do mnie. Na lewo od niego ulokowano wielki, drewniany kredens, zresztą na moje życzenie. W środku roi się od…
-Przestań nudzić, Snape. – Rosier odłożył książkę i podszedł do nich – On żyje tylko swoimi eliksirami, którymi zagraca cały pokój. Gdybym był prefektem, nie zostawiłbym ci ani jednej fiolki… - wyszczerzył zęby.
***
Po zakończeniu spotkania, około trzeciej w nocy Rilla pobiegła do wieży Gryffindoru. Mimo pewnych obiekcji Grubej Damy, została wpuszczona, ku swej radości, do Pokoju Wspólnego. Cieszyła się, bo nie została przyłapana. Nie chciała zarobić szlabanu. Pragnęła uniknąć wstydu, kłopotliwych pytań, odjęcia punktów jej domowi… Tym razem udało się, ale jak będzie następnym?
Weszła po cichu, myśląc, że wszyscy już od dawna śpią. Ale… Przy jednym ze stołów przy malutkiej świeczce pracowali Potter, Black, Lupin i Pettigrew. Wszyscy słysząc delikatne stąpanie, zwrócili głowy w jej kierunku.
-Co tu robisz? – spytał Remus, marszcząc brew – Jest już strasznie późno.
-To samo pytanie mogłabym zadać wam. – odburknęła.
-Odrabiamy pracę domową z transmutacji. – powiedział James, krzyżując ręce na piersiach – Teraz czekamy na twoją odpowiedź.
-Ja… byłam umówiona…
-Miałaś pojedynek? – zapiszczał Peter. Podsunął jej pomysł.
-Miałam mieć, ale ta osoba nie stawiła się. Zaraz wracam. – weszła do sypialni dziewcząt. Lily Evans pochrapywała w najlepsze i jęczała coś pod nosem. Rilla wróciła po chwili ze swoim wypracowaniem – Widzę, że macie na razie bardzo mało napisane, więc może przeczytajcie moje…
-Dzięki! – Potter wyrwał jej pergamin. Wraz z Syriuszem i Peterem pochylił się nad nim.
-Bądź ostrożna. Jak będziesz mieć jakieś problemy, to zgłoś się do nas. – podszedł do niej Remus i poklepał po ramieniu.

27 października 1972 r.

-Potter, Pettigrew… i Black! – ryknęła Rilla – Co wy wyprawiacie?! Człowiek próbuje się uczyć, a wy!
-A my się bawimy. – Syriusz pokazał jej język – I nie przesadzaj. Ty już gorsze rzeczy nam robiłaś.
-Black, natychmiast… – chłopak machnął różdżką, a duszące ją pnącze opadło – Och… Dziękuję…
-Ty się tak fajnie denerwujesz. – mrugnął do niej Potter – Jakbyś chciała nas pozabijać.
-Przyznaję, że często mam na to ochotę. – wróciła na kanapę, siadając po turecku obok zaczytanego Lupina – I dajcie mi już spokój. Chcę odrobić wszystkie lekcje przed jutrzejszym wypadem do Hogsmeade.
-Idziesz z kimś? – spytał Remus, odkładając książkę.
-Mam spotkanie,…
-Jak zwykle. – westchnął ciężko Potter – Przyjaźnimy się, a ty nigdy w dni wolne nie masz…
-…ale od około czternastej jestem całkowicie do waszej dyspozycji. – dodała, nie zwracając uwagi na jęki Jamesa.
-W takim razie dobrze. – Peter wyglądał na zadowolonego.
Rilla uśmiechnęła się pod nosem. Obiecała sobie, że musi być ostrożna i uważać, aby nie szli za nią, aby jej nie śledzili. W końcu jutro miała się spotkać za Miodowym Królestwem z Fenrirem Greybackiem.
James rozczochrał jej włosy, śmiejąc się jak szaleniec. Ale była już przyzwyczajona do jego dziwnych zachowań.
-Chodźmy pograć w Quidditcha! – zawołał. Syriusz przytaknął.
-Ale mieliśmy… lekcje. – jęknęła Rilla, ale chłopcy pognali po miotły. Zrezygnowana wpakowała do torby kilka zwojów pergaminu, książkę, pióro i kałamarz. Po kilku sekundach byli już w Wielkiej Sali. Trwała w najlepsze kolacja, więc ich pojawienie się z miotłami oraz z własną skrzynką Jamesa z tłuczkami, kaflem i zniczem wywołało emocje.
-Gryfoni ostro trenują. – mruknął jakiś Puchon. Rilla wyszczerzyła tylko zęby. Porwali kilka tostów, butelkę z sokiem dyniowym i dumnym krokiem zaczęli wycofywać się z sali.
-Czy oni zawsze muszą się popisywać? Zachowują się jak ostatni kretyni. – usłyszała Rilla. Odwróciła głowę. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Lily Evans leżałaby już martwa.
-My przynajmniej nie latamy na głupie spotkanka do profesora Slughorna, nie łasimy się do niego i nie należymy do Klubu Ślimaka, Evans. – warknęła. Chłopcy zarechotali.


Usiadła na trybunach stadionu i wyciągnęła przybory do nauki, podczas gdy chłopcy wzbili się w górę. Lubiła patrzeć na ich wędrówki po niebie, zwłaszcza te w wykonaniu Jamesa i Syriusza. Obaj byli w drużynie Gryffindoru, znano ich już w całej szkole.
Obok niej po dziesięciu minutach wylądował Remus.
-Nie chcesz polatać? Trzeba się trochę rozerwać. – powiedział. Brzmiało to w jego ustach dość śmiesznie.
-I ty to mówisz? – zaśmiała się – Ty, który dzień i noc…
-Ale teraz latam.
-W takim razie polatamy razem. – oświadczyła i bez pytania wgramoliła się na jego miotłę – Tylko ty jesteś pasażerem! – zawołała. Po chwili byli tuż przy Jamesie.
***
-Evans, czemu ty nas tak nie lubisz? – spytała tuż przed snem Rilla. Lily tylko prychnęła. Jednak panna Whiteflower postanowiła nie dawać za wygraną – Rozumiem twoją niechęć do mnie, bo mam zupełnie inny charakter od ciebie, nie jestem idealna, często nie mam odrobionych lekcji…
-Nie o to chodzi.
-A o co? Mieszkamy razem już trzeci rok i nadal się nie dogadałyśmy.
-Nie lubię, gdy ktoś gra na dwa fronty. – powiedziała ostro Lily. Rilla zamarła.
„Czy ona wie o Ślizgonach?” – pomyślała z trwogą. Czekała na dalsze słowa Evans.
-Normalny świat albo Potter z bandą. Musisz wybrać. – dokończyła, a Rilla odetchnęła z ulgą – Powinnaś dać im spokój, nie pasujesz. Nie nazywasz się Potter-Black-Lupin-Pettigrew. Nie jesteś ich siostrą, a na siłę usiłujesz nią być. Szukasz akceptacji w złym środowisku. – Lily zamknęła się w łazience.
Rilla usiadła na swoim łóżku.
„Może Evans ma rację?” – pomyślała – „Ale czemu w takim razie odrzuciła mnie już pierwszego dnia? Widziała przecież, że nie zależy mi na towarzystwie czwórki wspaniałych…”.
Złapała za notesik. Nakreśliła kilka słów.

Severusie,
Mam nadzieję, że jeszcze nie śpisz. Potrzebuję twojej porady i pomocy. Nie wiem, co zrobić z Evans. Doprowadza mnie do szału. Czy żaden urok nie może odesłać jej do skrzydła szpitalnego na kilka tygodni? Lub może eliksir? Wiem, że jesteś specjalistą od takich spraw.
Rilla


Wyrwała kartkę i podeszła do okna. Zagwizdała cicho, a jej sówka Beatrycze (dostała ją na dwunaste urodziny od Syriusza i Jamesa) przyfrunęła do okna, rezygnując z nocnego polowania. Rilla przywiązała jej do nóżki liścik.
-Leć do Snape’a. – powiedziała.
Sama usiadła na parapecie. Pogrążyła się całkowicie w patrzeniu w gwiazdy. Ocknęła się z zamyślenia dopiero, gdy sówka, wróciwszy już z odpowiedzią, dziabnęła jej rękę.
Szybko rozwinęła udarty kawałek pergaminu.

Pomogę Ci. Jutro przed śniadaniem o ósmej. Oczywiście przed Wielką Salą.
S.S.


Uśmiechnęła się, widząc wychodzącą z łazienki Evans z szopą dopiero co umytych rudych włosów. Nawet z taką fryzurą była niewątpliwie najładniejszą dziewczyną w szkole.
„Jeszcze zobaczy, kto tu jest górą”. – pomyślała Rilla, wskakując pod kołdrę. Wiedziała, że zachowuje się nagannie, ale to najmniej ją obchodziło. Została urażona jej duma, nad którą Lucjusz Malfoy, który skończył już szkołę, i Narcyza Black, obecna siódmoklasistka, tak długo pracowali. Zatarła się przy tym pewna granica. Granica odróżniania dobra od zła.
Cieszyła się z zaplanowanego na sobotni poranek spotkania ze Snapem. Miała nadzieję, że przy okazji wymyślą coś na Syriusza Blacka, którego w głębi duszy wciąż nie cierpiała. Odrzucił dar od losu, szlachetne urodzenie, czego Rilla nie mogła znieść. Poza tym podejrzewała, że on wie o nocnych wypadach ze Ślizgonami. Nie był aż tak ślepy… Zwłaszcza, że razem dotrwali do trzeciej klasy.

komentarze [7]

1.Początek >> czwartek, 28 czerwca 2007 21:38:10


> 1 września 1970 roku, Londyn
-Pospiesz się, mamo! – krzyknęła jedenastoletnia dziewczynka, zbiegając po schodach do kuchni – Jeszcze się spóźnimy i co wtedy?
Pani Whiteflower spojrzała na nią z nad lusterka z wyraźnym wyrzutem. Nie przestała jednak, w swej niesłychanej wytrwałości, po raz piąty pudrować nosa.
-Nie zrzędź, Rilla. Zupełnie jak ojciec. – powiedziała surowo. Dziewczynka spuściła oczy. Dostała najgorszą w możliwych nagan – porównanie do ojca, który zostawił jej matkę siedem lat temu – O, widzisz, teraz ty się grzebiesz. – matka skończyła toaletę – Siadaj. – podstawiła Rilli drewniany taboret i złapała za leżący na lodówce grzebień – Ile razy mam ci powtarzać, abyś dokładnie rozczesywała włosy? – kobieta usunęła poważny kołtun i zabrała się do robienia ze złotych włosów dziewczynki warkocza – Gotowe. Ucałuj siostrzyczkę i babcię. Ja idę po twoją torbę.
Rilla pognała na górę, przeskakując co kilka stopni do przodu. Wpadła do pokoju babci, która najspokojniej na świecie dziergała szydełkiem kolejny sweter.
-Na mnie już czas. – powiedziała, rzucając się jej na szyję.
-Pa, kochanie. – babcia ucałowała ją w dwa policzki. Rilla ubóstwiała różane perfumy, które teraz mogła, przytulona, swobodnie wdychać – Uważaj na siebie w tym całym Hapwardzie. W razie czego jeden list i już cię stamtąd zabieramy…
-W Hogwarcie, babciu! Tam będą ludzie, tacy jak ja! Będziemy czarować, przemieniać rzeczy w zwierzęta…
-Rilla! – usłyszała z dołu głos matki – Pospiesz się! Taksówka już jest!
-Do widzenia, babciu! – dziewczynka wyleciała z pokoju staruszki. Otworzyła drzwi od sypialni matki, gdzie w kołysce słodko spała jej siostrzyczka. Ucałowała niemowlę leciutko w czoło i wybiegła przed dom.
-Nareszcie jesteś… Myślałam, że nigdy się nie pojawisz. – wsiadły do samochodu – To dokąd jedziemy?
-Na King’s Cross. Peron numer dziewięć i trzy…
-Na peron same dojdziemy. – zgasiła ją szybko matka, nie chcąc wywoływać konsternacji u prowadzącego. Zresztą, dla niej samej to było dziwne. List z tej szkoły, zakupy w świecie czarodziejów… Wolała tysiąckroć bardziej swoje mugolskie życie.
Całą drogę przejechali w milczeniu.
-To tu, mamo, to tu!
-Mała chyba rzadko podróżuje, prawda? – spytał z głupim uśmieszkiem taksówkarz, gdy pani Whiteflower zapłaciła mu starannie odliczoną kwotę. Spłonęła lekko i szybko, ciągnąc za sobą dziecko, odeszła.
-Peron dziewięć i trzy czwarte, tak? Hm… - obie wytężyły wzrok.
-Przepraszam, czy mogę jakoś pomóc? – usłyszały za sobą wesoły męski głos. Odwróciły się. Pani Whiteflower odetchnęła w ulgą. Przed nimi stało małżeństwo z synkiem.
-Staramy się…
-Szukamy peronu dziewięć i…
-… trzy czwarte, czyż nie? – uśmiechnęła się kobieta, opierając o ramię męża – Pierwszy raz do Hogwartu? James też jest nowy. – wskazała na chłopca. Rilla spojrzała na niego z uwagą. Miał kruczoczarne włosy, czekoladowe oczy osłonięte okularami i minę rozrabiaki – Pożegnaj się, kochana, z mamą. Pani nie może tam wejść, ale proszę się nie martwić. Będziemy jej pilnować.
-Nie wiem, jak państwu dziękować… Urwanie głowy… A ja w ogóle się na tym nie znam. Do widzenia, kochanie. Uważaj na siebie, nie przejedz się w pociągu, dobrze? Zrobiłam ci kanapki. Pisz często! – mama ucałowała dziewczynkę i przytuliła mocno do siebie.
-Obiecuję, mamusiu. – pani Whiteflower z pewną ulgą odeszła. Ruszyła do pracy w salonie fryzjerskim.
***
Rilla wraz z Jamesem wylądowała w pustym przedziale. Państwo Potter życzyli jej miłego roku szkolnego, świetnych ocen i poznania gromady przyjaciół. Podziękowała, uśmiechając się słodko, tak jak tylko małe dobrze wychowane dziewczynki potrafią. Pociąg ruszył równo o jedenastej, a James wybiegł z przedziału niczym błyskawica. Wrócił po trzech godzinach, prowadząc trzech nowopoznanych kolegów.
-Remus, Peter i Syriusz. – powiedział dla przyzwoitości. Nie podali jej ręki, tylko zmierzyli chłodnym wzrokiem – To jest Rilla…
Z dziecięcą radością chłopcy zaczęli grać w eksplodującego durnia. Pokrzykując co chwilę, odgrażając się, śmiejąc, byli prawdziwym widowiskiem dla dziewczynki. Nawiązywali nową znajomość, z minuty na minutę było widać, że ich więź staje się coraz silniejsza. Biedna Rilla siedziała z podkurczonymi nogami. Była zaintrygowana grą, nigdy czegoś takiego nie widziała. Chciała zadać swoim towarzyszom milion pytań dotyczących nowej szkoły, zwyczajów, ale wstydziła się.
Przed szesnastą na korytarzu rozległ się specyficzny hałas. Drzwi od ich przedziału otworzyły się po chwili, ukazując młodą kobietę z dołeczkami w policzkach.
-Coś podać, aniołeczki? – spytała, wskazując na wózek z najprzeróżniejszymi łakociami. Niektóre w nich niebezpiecznie syczały, inne podskakiwały, czekoladowe żaby nęciły swym widokiem.
Chłopcy otoczyli słodki pojazd. Wydawane przez nich sykle brzęczały wesoło, wpadając do metalowej skrzyneczki na pieniądze. Kupiwszy już wszystko, co tylko chcieli, zajęli z powrotem swoje miejsca.
Syriusz spojrzał z rezerwą na siedzącą cicho jak mysz Rillę. Bez słowa, dyskretnie, gdy chłopcy powrócili do gry, popchnął w jej stronę woreczek z łakociami. Położył tylko palec na ustach. Widząc, że nie zamierza ruszyć prezentu, łypnął na nią groźnie.
Czuła się poniżona. Przecież mogła nie mieć po prostu ochoty… A on od razu zgadł, że nie ma wystarczająco dość pieniędzy nawet na taką drobnostkę. Chciała zapłakać głośno i wtulić się w swoją poduszkę. Ale już nie mogła. Była setki mil od domu. Zbliżali się do Hogwartu.
***
Tiara Przydziału zakończyła swą pieśń. Rozległy się gromkie brawa. Kapelusz skłonił się. Po kilku słowach pani wicedyrektor (Rilla była tak zmęczona, że nie mogła skoncentrować się na jej słowach) rozpoczęła się Ceremonia Przydziału.
-Atkins, Laura! – wyczytała profesor McGonagall
-Slytherin!
-Black, Syriusz!
-GRYFFINDOR!
-Potter, James! – krzyknęła po dziesięciu minutach nauczycielka. Z tłumu pierwszoklasistów wystąpił wysoki chłopiec w okularach.
-GRYFFINDOR!
***
-Diana Rocens!
-RAVENCLAW!
-Rilla Whiteflower! – dziewczynka podeszła niepewnym krokiem do wicedyrektorki, która kazała jej usiąść na stołku. Na złotą głowę Rilli opadła wyświechtana Tiara.
-Hm… Umysł niczego sobie… Spryt też niezły… Pracowitość na najwyższym poziomie… Pomyślmy… Hm… To trudna decyzja. A ty gdzie chciałabyś trafić? Może Slytherin? Ten dom pasuje najlepiej, ale twoja krew… - powiedział jej cichutko do ucha kapelusz - GRYFFINDOR! – ryknął. Rozległy się nieliczne brawa.
Rilla zeskoczyła szybko ze stołka i ruszyła w stronę stołu swojego domu.
-Ej, chodź do nas! – zawołał James, gdy chciała przejść obok niego i reszty kompanów. Popchnął Remusa (on też został wraz z Peterem przydzielony do Gryffindoru), robiąc dla niej miejsce wolne. Usiadła z niechęcią. Po prawej miała Syriusza. Nie zaszczyciła go ani jednym spojrzeniem – Jesteś strasznie markotna. – powiedział Potter, podczas gdy dyrektor Dumbledore wygłaszał jakąś tyradę. Usłyszała tylko, że nie można wchodzić do Zakazanego Lasu – Źle się czujesz?
-Nie. Tylko, że…
-Wcinajcie. – oznajmił wreszcie dyrektor, a na stołach pojawiły się setki najróżniejszych potraw.
-Tęsknisz za domem? – wypytywał James – Nie martw się. Z nami ci szybko przejdzie. – uśmiechnął się z błyskiem w oku.
„Czemu nie Slytherin?” – pomyślała ze zdziwieniem – „Przecież Tiara wyraźnie powiedziała, że tam pasuję”.
-Przepraszam. – zwróciła się do Jamesa. Wszyscy czterej chłopcy spojrzeli na nią z uwagą. Po raz pierwszy odezwała się dobrowolnie – Co jest nie tak z moją krwią? – zapadła niezręczna cisza.
Następnego dnia była już w pełni uświadomiona. Była szlamą.


Pomysł na tego bloga powstał nagle, zrodził się niespodziewanie w mojej głowie. Oczywiście nie będę opowiadać tej historii od samego początku, bo życie i problemy jedenastolatki nie są zbyt fascynujące. Będą więc skoki w czasie, następna notka będzie już dotyczyć trzynastoletniej Rilli. Główną akcję umieszczę w piątej, szóstej i siódmej klasie.

komentarze [12]



Szablon wykonałam ja. Przeznaczony jest tylko dla tego bloga.
Grafikę wzięłam stąd.
Proszę, uszanuj moją pracę i nie kopiuj. Zwłaszcza, że mój krwiożerczy królik znajdzie Cię nawet na drugim końcu świata ;).
Jeśli koniecznie chcesz, napisz o tym w komentarzach, a ja wykonam szablon na Twojego bloga.
2007
czerwiec (1)
lipiec (4)
sierpien (3)
wrzesień (2)
październik (1)
grudzień (1)

2008
styczeń (1)
luty (1)
marzec (1)